sobota, 29 września 2018

Rumunia – Siedmiogród (Transylwania)

Zamek Bran - literacka siedziba hrabiego Draculi i symbol Transylwanii.
Siedmiogród, zwany także Transylwanią, to obecnie najbardziej chyba eksploatowana turystycznie część Rumunii. Historycznie kraina ta była przez setki lat związana z Węgrami, stanowiła kolejno część państwa węgierskiego, odrębne księstwo zależne od Turcji, prowincję monarchii austriackiej, przynależała wreszcie do Austro-Węgier (ich węgierskiej części). Do Rumunii przyłączona została dopiero po I wojnie światowej, w wyniku klęski Austro-Węgier oraz praktycznego rozbioru ówczesnych Węgier, którym odebrano 2/3 dotychczasowego terytorium, w tym Transylwanię. W Rumunii wydarzenia te nazywa się „Wielkim Zjednoczeniem” i właśnie trwają przygotowania do fetowania ich setnej rocznicy. Można się łatwo domyślić, że nastroje po stronie naszych bratanków są diametralnie odmienne, a animozje węgiersko-rumuńskie pozostają w dużej mierze aktualne. Skomplikowana przeszłość Siedmiogrodu znajduje wyraz w etnicznym i religijnym przemieszaniu ludności, wśród której spotykamy „prawdziwych” Rumunów (prawosławnych), Węgrów (katolików i protestantów) oraz Niemców, tzw. Sasów siedmiogrodzkich (protestantów). Ci ostatni to potomkowie kolonistów niemieckich, którzy trafiali do Transylwanii już od czasów średniowiecza. Wiele miejscowości nosi więc potrójne nazwy: rumuńskie, węgierskie i niemieckie, co często uwidacznia się na tablicach przy wjeździe.
Osadników niemieckich zaczął ściągać do Siedmiogrodu dobrze nam znany Zakon Krzyżacki, który w początkach XIII w. otrzymał od króla Węgier Andrzeja II południowo-wschodnią część krainy (w okolicach Braszowa) z zadaniem jej obrony przed najazdami koczowniczych plemion pogańskich. Szybko okazało się jednak, że zakonnicy myślą przede wszystkim o stworzeniu tam własnego państwa i po dziesięciu latach król wyrzucił ich siłą. Krzyżacy znaleźli nowe miejsce w Polsce, nasi książęta nie okazali się tak przewidujący jak władca Węgier i stąd znane powszechnie, późniejsze wydarzenia naszej własnej historii. Usuwając krzyżaków królowie węgierscy pozostawili natomiast sprowadzonych przez Zakon kolonistów. Uznając ich wielką przydatność, ściągali kolejnych, przyznając im liczne prawa i przywileje związane z obroną kraju. Ta społeczność Niemców siedmiogrodzkich przetrwała po dziś dzień, nadając krainie bardzo specyficzny charakter. Przybysze wznieśli wiele charakterystycznych budowli, należących obecnie do głównych zabytków, a zarazem atrakcji turystycznych Siedmiogrodu. Mniej przyjemny aspekt tej sytuacji polega na tym, że przyciąga to licznych turystów z Niemiec, co powoduje tłok oraz w niemiły (zwłaszcza dla Polaków) sposób podnosi ceny.
Ogólnie Siedmiogród wydaje się jednak najbardziej „europejską” i „cywilizowaną” częścią Rumunii. Nie licząc rozlewisk delty Dunaju jest też częścią najciekawszą pod względem turystycznym. Poniżej opis odwiedzonych przez nas miejsc.
Zamek Bran z innego ujęcia.
Zbiera się na burzę, aura podkreśla
mroczną, legendarną historię zamku.


Fantazyjny dziedziniec zamku Bran.

Kuchnia zamkowa. Ciekawe, co tutaj gotowano skoro Dracula żywił się krwią?

Niestety w zamku prawdziwe tłumy.
Zamek Bran (zamek Draculi) - Wielkim atutem marketingowym Siedmiogrodu jest powiązanie tej krainy z najsłynniejszym wampirem wszech czasów – hrabią Draculą. Historyczny pierwowzór tej postaci, żyjący w XV w. hospodar wołoski Vlad Tepes czyli Palownik (Wołoszczyzna to kraina położona na południe od Siedmiogrodu, pomiędzy południowym łukiem Karpat a Dunajem) zasłynął z licznych okrucieństw. Wprawdzie urodził się on Siedmiogrodzie ale nigdy tam nie rządził. W Transylwanii osadził go jednak twórca literackiej wersji Draculi – dziewiętnastowieczny pisarz Bram Stoker. Opisany przezeń zamek hrabiego-wampira przypomina żywo zamek Bran w południowej części krainy (co ciekawe, pisarz nigdy nie zawitał tam osobiście i obiekt ten znał z fotografii). Nie przeszkadza to w tym, że obecnie forteca w Bran przyciąga prawdziwe tłumy turystów jako „zamek Draculi” właśnie, a sam Dracula stał się symbolem Transylwanii oraz całej Rumunii. Już dojeżdżając w okolice zamku trafiamy w gęste korki pojazdów, trudno znaleźć miejsce parkingowe. Dookoła mnóstwo straganów i cały, ogólnie znany, turystyczny cyrk. Aby dostać się do zamku trzeba zwykle odczekać około godziny w różnych kolejkach (najpierw do kasy, potem do drzwi wejściowych). Cena jak na rumuńskie warunki bardzo wysoka – 40 RON (ok. 35 zł – 2018 r.), ale to najbardziej uczęszczany obiekt turystyczny w całym kraju. Samo zwiedzanie też zajmie ok. godzinę. Czy warto czekać i płacić? Naszym zdaniem tak. Zamek prezentuje się bardzo malowniczo, my odwiedziliśmy go akurat przy pomrukach nadciągającej, bardzo gwałtownej burzy, która ostatecznie uwięziła nas w środku (na jednym z krużganków) na dodatkowe pół godziny. Ciemne chmury, grzmoty i błyski dodawały niewątpliwie uroku całej scenerii. Wnętrza zamku też nie rozczarowują (tu nie zgodzimy się z prezentowanymi dość często na necie opiniami). To prawdziwy labirynt komnat, przejść, schodów, krużganków, tarasów... Zwiedza się je z zainteresowaniem. Obecne wyposażenie pochodzi z lat dwudziestych XX w., z czasów królowej Rumunii Marii Koburg, ówczesnej pani zamku Bran. Jedyny prawdziwy minus to wspomniane tłumy turystów. Może poza sezonem jest pod tym względem lepiej?

Kościoły warowne Siedmiogrodu wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO.


Widok z wieży kościoła Valea Viiloor.

Kościół w Valea Viiloor.
Coś dla turystycznej małpki.

Jak u babci na strychu.

Biertan - "katedra warowna".

To prawdziwa forteca otoczona potrójnym pierścieniem murów.

Na wzgórze prowadzą kryte schody. Wiernym nie straszne deszcze i śniegi.


Pomiędzy murami.



Dojazd do Viscri nie jest łatwy.

Wreszcie u stóp kościoła

Zabudowania gospodarcze wkomponowane w mur obronny.

Widok z wieży w Viscri.

Mury obronne kościoła w Harman.

Wioska wkomponowana w mury kościelne. Tutaj "domki jednorodzinne".

Panorama okolicy.

Utrzymany w niemieckim, protestanckim stylu dziedziniec. Żywopłot przycięty "pod linijkę".

Kościoł w Prejmer też kryje się za murami.

Wewnętrzna, kryta galeria bojowa. Po lewej otwory strzelnicze, po prawej ściana kwater mieszkalnych.

Takie bloki - ule mieszkalne ciągną się wzdłuż całego, wewnętrznego obwodu murów.

Mogło tu zamieszkiwać ponad 200 rodzin. Mieli naprawę blisko do kościoła. :-)
Kościoły warowne – Ufortyfikowane, otoczone murami obronnymi średniowieczne kościoły to najbardziej oryginalny i charakterystyczny dla Siedmiogrodu rodzaj zabytków. Budowali je niemieccy koloniści i służyły zarówno jako miejsca kultu, jak i punkty obrony przed najeźdźcami (najpierw pogańskimi koczownikami, później Turkami). Niektóre z nich to zarazem prawdziwe wioski, gdyż od wewnętrznej strony fortyfikacji wznoszono pomieszczenia mieszkalne, przypominające jako żywo ule albo nasze obecne bloki. Mogły one pomieścić nawet kilkaset rodzin, a zamieszkiwano je aż do XIX w. Kościołów takich wybudowano dziesiątki, jeśli nie setki w różnych wioskach Siedmiogrodu. Wiele z nich stoi po dziś dzień, te lepiej zachowane udostępnia się dla zwiedzających. Siedem spośród kościołów-fortec wpisano na listę dziedzictwa UNESCO i można je uznać za najciekawsze. Wszystkie są zarazem podobne do siebie, jak i wyjątkowe w swoim rodzaju. Biertan imponuje zewnętrznym wyglądem oraz potężnymi murami, w środku oferując już turyście o wiele mniej atrakcji. W Valea Viilorr można odbyć ekscytujący spacer na wieżę (sprawiającą wrażenie, że zawali się w każdej chwili) oraz po różnych poziomach strychu budowli, poznając tajniki konstrukcji więźby dachowej. Wszystko to po raczej wątłych (ale w sumie pewnych) drabinach, które Ada oceniła: „jak u mojej babci na strychu, tylko wyżej i więcej”. W przypadku kościoła w Viscri już sam dojazd dostarczy silnych przeżyć. Obydwie prowadzące tam drogi pozostają w fatalnym stanie (straszliwie nierówny, pełen dziur asfalt albo znajdująca się aktualnie w stadium przebudowy szutrówka). Warto tam jednak zajrzeć ze względu na wspomniany charakter budowli jako swego rodzaju mieszkalnego ula. I koniecznie należy zaliczyć kościół w Prejmer. To największy zachowany „ul mieszkalny”. Można odbyć spacer po dawnych kwaterach osadników oraz przylegających do nich fortyfikacjach. My odwiedziliśmy jeszcze położony w pobliżu Braszowa i nie wpisany na listę UNESCO kościół w Harman. Nieco mniejszy od Prejmer, daje jednak dobre wyobrażenie o tego rodzaju budowlach. Szczególnie Ada zachwyciła się tymi kościołami obronnymi, uznając je za oryginalne i interesujące. A ponieważ moja Pani jest już mocno „spaskudzona” pod względem turystycznym i niełatwo ją zaskoczyć, niech posłuży to za najlepszą rekomendację.

Przed zamkiem w Calnicu - jedni pozują inni sami fotografują :D

Dziedziniec zamku w Calnicu.

Widok z wieży.

Nasza kwatera w wiosce Calnic tuż przy głównym placu osady. Dom nr. 31. Godna ze wszech miar polecenia. Zaprowadziła nas do niej zaczepiona w wiosce babcia.

Zamek Rupea robi zdecydowanie większe wrażenie.

Miasteczko u stóp zamku.

Na murach.

Panorama zamku Rasnov. Widoczna na zdjęciu kolejka zębata miała niedawno awarię. Pechowych pasażerów ewakuowano helikopterem.

Obecnie turyści docierają na górę zamkową w taki oto sposób.

Po wyjściu z wagonika.

Brama wejściowa.

Wioska w obrębie murów. To przecież zamek chłopski.
Zamki chłopskie – Kolejną osobliwością Siedmiogrodu są zamki wznoszone i użytkowane przez wspólnoty chłopskie. Chłopi otrzymywali na to specjalne zezwolenia od władców węgierskich, by chronić się przed najazdami oraz wzmacniać obronność kraju. Wznosili je sami albo też wykupywali i rozbudowywali forteczki zubożałych panów feudalnych. Cecha charakterystyczna takiego zamku chłopskiego to brak budowli i pomieszczeń rezydencjonalnych. Zamiast tego znajdujemy sporo pomniejszych budynków mieszalnych, służących w dawnych wiekach chłopskim członkom wspólnoty oraz ich rodzinom. Odwiedziliśmy trzy takie zamki w miejscowościach Calnic (ten stosunkowo niewielki) oraz Rupea i Rasnov (rozległe i dominujące nad położonymi u stóp wzgórza miasteczkami).

Historyczne miasta Siedmiogrodu - Niemiecka nazwa krainy, Siebenburgen, nawiazuje do siedmiu głównych miast założonych przez sprowadzonych za sprawą królów węgierskich kolonistów. Wspomniane miasta to Braszów (Kronstadt), Kluż-Napoka (Klausenburg), Sybin (Hermannstadt), Sighisoara (Schässburg), Medias (Mediasch), Sebes (Mühlbach) i Bistrita (Bistritz). Każde z nich jest podobno jedyne w swoim rodzaju, ale ponieważ nikt nie przyjeżdża do Rumunii po to, by zwiedzać po kolei miasto za miastem, zajechaliśmy tylko do kilku z nich, częściowo „po drodze”.
Panorama Shigishoary. Naszym zdaniem. najpiękniejszego z miast Siedmiogrodu.


Urokliwy rynek miejski.

Kryte schody z XVII w. wiodą na wzgórze katedralne.

Podziwiamy widoki i chłoniemy atmosferę. :-)

Podczas wieczornego spaceru. Prawda, że widok jak z przedwojennej pocztówki?

Dom, w którym urodził się Vlad Tepes,
historyczny pierwowzór Draculi.
Wieża Zegarowa w Sighisoarze.

Zadowolony Zbyszko w gościnie w domu urodzin Draculi. Urządzono tam stylową i serwującą pyszne (o dziwo) jedzenie restaurację.
- Sigishoara – To z pewnością najpiękniejsze i najbardziej malownicze z miast Siedmiogrodu. Położona na wzgórzu starówka z urokliwymi uliczkami, kryte, drewniane schody wiodące na wzgórze katedralne, zachowane wieże obronne... Bardzo urokliwe miejsce na spędzenie popołudnia i wieczoru. Atrakcyjność Sigishoary podnosi z pewnością znakomita restauracja w dawnym Domu Draculi (w którym miał się urodzić historyczny Vlad Palownik). Urządzona w dawnym stylu, oferuje bardzo dobre potrawy w niewygórowanej cenie. Dwuosobowy, więcej niż obfity obiad popity kilkoma piwami kosztował ok. 120 zł. To niedużo, jak na renomowaną, „historyczną”, restaurację.


Czarny Kościół w Braszowie.

Leciwa kolejka linowa wiezie nas na jeden z otaczających miasto grzbietów górskich.

Z góry Braszów prezentuje się  najlepiej.

Braszów to miasto na granicy gór i równiny.

Nasza ulubiona knajpa na obrzeżach Braszowa. Co prawda, tylko niektórzy z obsługi mówią tam po angielsku, ale to w niczym nie przeszkadza.
- Braszów – Naszym zdaniem przereklamowany. Miasto położone jest w dolinie i najlepiej wygląda z góry: z grzbietu górskiego, na który można wjechać dość antyczną kolejką linową albo z przeciwległego wzgórza, na którym wznoszą się zachowane resztki fortyfikacji. Sama starówka „od środka” rozczarowuje. Słynny „Czarny Kościół” z XV w. nie rzucił nas na kolana, urokliwe jakoby uliczki okazały się zatłoczone ogródkami piwnymi z hałaśliwą młodzieżą. Nasze wrażenia wypadły może tak marnie z powodu przygotowań do mającego się odbyć jakiegoś festiwalu. Rynek zajęty został całkowicie przez estradę. To jeszcze pół biedy, ale ogrodzono go z tej okazji wysokim, stalowym płotem. Nie dość, że nie dało się wejść, to jeszcze popijając piwo (niezłe zresztą, warzone w knajpianym browarze), czuliśmy się jak pod ogrodzeniem obozu koncentracyjnego. Możemy natomiast z czystym sumieniem polecić restaurację La Casa Bistriteana (ul. Avram Iancu 24). Położona poza starówką, odwiedzana głównie przez miejscowych, oferuje duży wybór smacznych potraw rumuńskich w bardzo umiarkowanych cenach.
Medias nie robi specjalnego wrażenia.
-
Medias – Zatrzymaliśmy się tu przejazdem, na mniej więcej godzinę. Miasto nie rzuca na kolana Można obejść rynek, obecnie miły, ale nie wyróżniający się niczym szczególnym plac z zielenią oraz knajpkami. Do tego usytuowany obok dawny kościół warowny. Zachowuje on typowy układ tego rodzaju budowli, ale tutaj już dawno został wkomponowany w budynki miejskie i nie robi większego wrażenia.
- Kluż-Napoka – To stolica Siedmiogrodu, jedno z większych miast Rumunii. Ruchliwe i zatłoczone. Tutaj również zawitaliśmy przejazdem. Ze średniowiecznego charakteru osady pozostało niewiele, głównie zabytki to budowle z XIX/XX w., z czasów austro-węgierskich.

Katedra w Alba Iulia.

Gotyckie wnętrze katedry.

A obok katedra prawosławna.

Jedna ze ścian w katedrze prawosławnej.

Podchmielony Zbyszko zaleca się do eleganckiej mieszkanki Alba Iulia.

Makieta miasta-fortecy.

Fortyfikacje zachowały się w bardzo dobrym stanie.
Alba Iulia – Miasto to nie zalicza się do wspomnianych wyżej siedmiu miast „założycielskich” Siedmiogrodu, posiada jednak bardzo długą i bogatą historię. Istniało już w czasach rzymskich, pełniąc rolę stolicy prowincji Dacja Apulensis oraz siedziby legionowej (II-III w.). W czasach nowożytnych było z kolei stolicą księstwa Siedmiogrodu (XVI-XVII w.). Główne atrakcje Alba Iulia to obecnie gotycka katedra, skromnych rozmiarów ale utrzymana w stylu architektonicznym, usytuowany w niej grobowiec Jana Hunyadego – żyjącego w XV w. węgierskiego bohatera narodowego walczącego pomyślnie z Turkami oraz osiemnastowieczne fortyfikacje obronne. Tymi ostatnimi miasto otoczono już pod rządami austriackimi. Bardzo dobrze zachowane, oddają wygląd i rozplanowanie nowożytnej fortecy bastionowej.


Do zamku Corvinilor prowadzi drewniany most.

Dziedziniec zamkowy.

Fasada południowa.

Wieże obronne wkomponowane w mury.
A tutaj wieża wysunięta.

Sypialnia króla Macieja Korwina. Pomimo tak dobrych warunków do pracy, doczekał się tylko syna z nieprawego łoża. Może właśnie z tego tutaj?
Zamek Corvinilor w Huneodarze – Położony w zachodniej części kraju, to dawna rezydencja rodowa Hunyadych, rodziny możnowładczej, która w XV w. dała Węgrom dwóch bohaterów narodowych: zwycięskiego wodza w walkach z Turkami Jana Hunyadego oraz jego syna, króla Węgier Macieja Korwina. Nazwa zamku pochodzi od herbu Corvin (Kruk) – godła rodziny Hunyadych. Obecny wygląd fortecy pochodzi z tej właśnie epoki. Budowla przedstawia się niezwykle malowniczo, sprawiając wrażenie typowo „baśniowego”, średniowiecznego zamku. Koniecznie należy odwiedzić to miejsce. Warto przybyć jak najwcześniej (otwierają o godz. 9.00), im później, tym większe problemy z zaparkowaniem samochodu oraz tym dłuższe kolejki do wejścia. Samodzielne zwiedzanie zajmie ok. 1,5-2 h. Turystom udostępniono szereg pomieszczeń oraz różne zakamarki fortecy.



Zamek Deva góruje nad okolicą.

Ta kolejka nadal działa.

U stóp zamku.

Zamek przezywał ostatni okres świetności w XVII w. Obecnie to malownicza ruina.

Widok przez otwór strzelniczy.
Zamek Deva – Położona na wyniosłym, stromym wzgórzu forteczka w pobliżu Huneodary. Bez problemu można zwiedzić obydwa te miejsca (byle nie z biurem podróży, z sobie wiadomych przyczyn umieszczają one w programach albo jeden, albo drugi obiekt). Sam obiekt to w istocie poddane renowacji ruiny. Główna atrakcja to rozległa panorama okolicy. Do zamku można dostać się pieszo, odbywając dość męczący spacer, albo wjechać kolejką zębatą. Wybraliśmy ten drugi sposób. Warto przybyć jak najwcześniej (otwierają o godz. 9.00), pozwoli to uniknąć oczekiwania na wagonik oraz tłumów na szczycie.


Otoczony wodą zamek w Fogarasz.

Słonik na dziedzińcu zamkowym.

Zwiedzamy bastiony obronne.

Fortyfikacje zachowane w dobrym stanie.
Zamek Fogarasz – To z kolei usytuowana w południowej części Siedmiogrodu forteca renesansowa. Do obecnej postaci przebudował ją książę siedmiogrodzki Gabriel Bethlen w początkach XVII w. Jest bardzo dobrze zachowana, otoczona szeroką, malowniczą fosa. Z Fogarasz związane są akcenty polskie. W 1849 r., w czasie Wiosny Ludów, gen. Józef Bem jako dowódca powstańczych wojsk węgierskich stoczył pod miastem zwycięską bitwę z armią rosyjską. Z kolei w 1939 r. w zamku urządzono obóz dla internowanych w Rumunii żołnierzy kampanii wrześniowej.

Damian i Zbyszko udają (mało przekonująco) gwarków z kopalni soli.

Kołowrót dawnej windy.

Widok z góry na komorę.

W której można np. zagrać w bilard.

A na najniższym poziomie kopalni jeziorko. Damian przy wiosłach.

Pora wracać.
Oto schody wiodące ku wyższym poziomom.
Kopalnia soli w Turda – Położona na południe od Kluż-Napoka, stara kopalnia soli. Sól wydobywano tu już w czasach rzymskich, ale większość udostępnianych turystom sztolni i komór pochodzi z XVIII-XIX w., czyli z okresu rządów austriackich. Eksploatację zakończono w 1932 r. To kopalnia porównywalna pod względem atrakcyjności z Wieliczką, aczkolwiek zupełnie inna. Wrażenie robią przede wszystkim olbrzymie, głębokie na ok. 100 m. komory. W najniższej z nich można popływać łódkami (samodzielnie wiosłując) w wypełniającym dno jeziorku. Na wyższych poziomach zainstalowano stoły do gry w bilard i ping-ponga (dodatkowo płatne). Na zwiedzanie należy przeznaczyć ok. 2 h. W sezonie, zwłaszcza w weekendy mogą pojawić się problemy z zaparkowaniem samochodu.



Baie Felix. Wejście do kompleksu Apollo.

Basen w stylu retro.

Daria i Damian to stwory wodne.

Ada i Daria na zjeżdżalni.

Zbyszko znalazł sobie ciekawsze zajęcie. Woli jednak mieć płyny pod kontrolą. :-)
Kąpieliska termalne w Baie Felix – Baie Felix to jeden z najsłynniejszych kurortów rumuńskich, położony w zachodniej części Siedmiogrodu, w pobliżu miasta Oradea oraz obecnej granicy z Węgrami. Leczy się tu choroby reumatologiczne oraz dermatologiczne, większość gości to jednak po prostu spragnieni kąpieli i odpoczynku. Na chętnych oczekują tutaj liczne hotele (w sezonie zwykle zajęte – my zatrzymaliśmy się na campingu, gdzie miejsca znalazły się bez problemu) oraz kilka kompleksów basenów termalnych. Polecamy kompleks Apollo. Ceny niewygórowane, sporo basenów utrzymanych zarówno w klimacie nowoczesnym jak i retro, zjeżdżalnie itp. Jedyny, drobny minus to temperatura wody. Doprawdy, w lecie niełatwo znaleźć tu ochłodę. :-) Dobre miejsce na chwilę odpoczynku po trudach zwiedzania.
Cygański pałacyk w Huedin.

Mercedes na dachu.

Dzielnica "pałacowa" w Huneodarze.

Cygańskie „pałace” w Huedin – Huedin to niewielka miejscowość przy drodze z Kluż-Napoka do Oradei. Miejscowi, bogaci rzecz jasna, Cyganie wznieśli tutaj szereg typowych dla siebie domów mieszkalnych, czyli krzykliwych, kapiących blichtrem dziwolągów. Podobne sytuacje znamy i z Polski, ale w Rumunii budują na większą skalę. Jest to wszystko tak bardzo pozbawione gustu, że aż interesujące. Jako ciekawostkę można dodać, że na zwieńczeniach dachów szczególnie okazałych budowli gospodarze umieszczają symbole luksusowych marek samochodów, w szczególności „grille” mercedesa! To symbole bogactwa, mające zapewnić rodzinie powodzenie również w przyszłości. Podobne „pałace” spotkaliśmy także w Huneodarze.

piątek, 21 września 2018

Rumunia – egzotyka w granicach Unii Europejskiej


Widok jak w Polsce sprzed 30 lat, tylko konie u nas były mniej zadbane :D
Rumunia cieszy się w powszechnej opinii Polaków opinią fatalną. Cyganie, złodzieje, brudasy, żebrzące na ulicach dzieci, ciskające kamieniami w zagraniczne samochody gdy odmówić im datku, skorumpowana policja szukająca tylko okazji do wymuszania od cudzoziemców łapówek, tragiczne drogi mordujące każde auto, przysłowiowy brud, smród i ubóstwo, itp., itd. Gdy postanowiliśmy wybrać się na objazd tego kraju, wielu pukało się w czoło i pytało: „Czy aby wrócicie stamtąd żywi i z całym samochodem?” A nawet bardziej otwarci na świat przyznawali: „Chciałbym/chciałabym tam pojechać, ale się boję.” Korzeni tak złych wyobrażeń szukać można w dwóch miejscach. Po pierwsze, we wspomnieniach rodaków uprawiających turystykę handlową w latach osiemdziesiątych XX w. Letni wyjazd fiatem 126p pod namiot nad Morze Czarne uchodził wtedy za luksus. Luksus kosztowny, który należało zrekompensować zyskami z obwoźnego handlu czym tylko popadnie. W tamtych czasach wspomniane incydenty zdarzały się na porządku dziennym i pozostały w pamięci ówczesnych "turystów-biznesmenów". Cóż, handel to nie jest zajęcie dla każdego. Po drugie, wszyscy liczący od trzydziestki w górę pamiętają najazd rumuńskich Cyganów w latach dziewięćdziesiątych XX w. Masy żebrzących dzieci, brudnych, nachalnych rodziców, obskurne legowiska na chodnikach, obozowiska-slumsy w zakamarkach parków. Tak to rumuńscy Cyganie stali się niepochlebną wizytówką kraju, z którego przybyli.
Tu warto od razu zauważyć, że podobne opinie o Polsce i Polakach krążyły do niedawna (a może i nadal krążą tu i tam) w Niemczech, w zdecydowanej większości bezpodstawnie. To samo można obecnie powiedzieć o Rumunii. To po prostu najbiedniejszy kraj Unii Europejskiej, przyjęty w 2007 r., rozwijający się stosunkowo szybko, ale niewolny od problemów. Ogólnie przypomina pod wieloma względami Polskę sprzed 20-30 lat. Drogi istotnie pozostawiają wiele do życzenia, zwłaszcza boczne. Buduje się szosy i autostrady, nawet szybko i dużo, ale zapóźnienia z epoki rządów komunistycznych (a i jeszcze dawniejszych również) są tak wielkie, że często nadal można natrafić na fatalne szutrówki i nieprzejezdne właściwie dróżki, wysypane sporych rozmiarów kamieniami (mapy i google pokazują je jako drogi dostępne dla normalnych aut – z tym trzeba uważać). Samochód półterenowy typu SUV okazał się bardzo przydatny. Inna sprawa, że Rumuni przeżywają obecnie dziecięcy okres fascynacji motoryzacją, podobnie jak Polacy w latach dziewięćdziesiątych XX w. Pozbawieni przez całe dekady możliwości nabycia własnego samochodu (na który mało kogo było stać), szaleją teraz na drogach, za nic mając ograniczenia prędkości, podwójne pasy, brak widoczności, zakręty czy skrzyżowania. Najważniejsze to gnać do przodu i wyprzedzać każdego, kogo tylko się da. Nie brakuje dobrych samochodów porządnych, a nawet luksusowych marek. Te pędzą najszybciej. Ale i posiadacze starych gratów, których dużo więcej, nie chcą być gorsi i też jadą "ile tylko fabryka dała". Skąd my to znamy? Trzeba jednak na tych kierowców oraz ich nieprzewidywalne zachowania (które w "normalnej" Europie nawet szaleńcowi nie przyszłyby do głowy) bardzo uważać. Z policją rumuńską żadnych problemów nie mieliśmy, zabranych dla „biednych dzieci” cukierków nie było komu rozdawać i w końcu zjedliśmy je sami. Owszem, w Tulczy nad Dunajem skradziono nam kuchenny nóż z ceramicznym ostrzem, którego używaliśmy do krojenia pomidorów i papryki, wzbogacających przekąskę z pieczonej karkówki, sprzedawaną w bufetach przed wejściem do każdego supermarketu sieci Kaufland (skądinąd, bardzo dobra i tania – porcja 6 zł). Pozostawiony na chwilę bez opieki na stole, wyparował. Cóż, był już stary i zużyty, nie sądziliśmy, że ktoś połaszczy się na coś takiego. Rumunia to jednak kraj o wiele biedniejszy od Polski. Trafił się też młodociany żebrak, który w jednym z barów w miasteczku Gura Humora na Bukowinie czyhał na parkujące w sąsiedztwie, lepszej klasy samochody, wymuszając drobne datki. W obawie o całość pozostawianego auta daliśmy równowartość 1,50 zł i poszedł sobie. To w sumie dwa jedyne, nieprzyjemne incydenty. Przyznajmy, że podobne sytuacje mogą łatwo przytrafić się również w Polsce. Ogólnie ludzie okazali się natomiast bardzo życzliwi i sympatyczni, chętni do udzielania informacji (chociaż nie zawsze znali jakiekolwiek słowa w języku angielskim), pomocy w drobnych sprawach, poczęstowania miejscowymi specjałami (także tymi procentowymi). Nie wiadomo dlaczego, autentycznie lubią tam Polaków (co, przyznajmy, za granicą zdarza się bardzo rzadko, a i w Polsce też nieczęsto).
Jechać czy nie jechać? Żółta droga na którą wysłał nas GPS :D Nawet polska kawaleria zmotoryzowana waha się :D
Droga Transfogaraska, utrzymana bardzo dobrze ale atrakcji nie brakuje (nie tylko krajobrazowych).
Co jakiś czas można napotkać przy drodze wraki wypalonych samochodów. 
Atrakcja meteorologiczna, oberwanie chmury w Ramnicu Valcea.
Grill przed Kauflandem w Tulczy. Tanio i smacznie tylko trzeba pilnować noży :D
Biesiada przy palince.
Jeśli chodzi o samą atrakcyjność kraju pod względem czysto krajobrazowym i turystycznym, to uczucia mamy trochę mieszane. Zachwalane rumuńskie góry, wprawdzie bardziej dzikie niż nasze Beskidy, na kolana jednak nie rzucają. Alpy, czy przeglądające się w fiordach skały Norwegii, robią wrażenie o wiele większe (by poprzestać na przykładach europejskich). Podobnie plaże i wybrzeże Morza Czarnego też niczym szczególnym nie porażają. Grecja i Włochy oferują widoki o wiele piękniejsze. I tak w zasadzie ze wszystkim po kolei. Może jesteśmy spaskudzeni i trudno nas zachwycić, trudno. Krajobrazy oraz zabytki rumuńskie nie zdołały tego uczynić. Z jednym, jedynym wyjątkiem rozlewisk delty Dunaju. To największe i nadal dzikie tereny bagienne w Europie. Warto przyjechać dla nich samych i nie wolno ominąć tego miejsca podczas pobytu. Należy również zwrócić uwagę na szczególnego rodzaju, wyjątkowe budowle obronne Siedmiogrodu, pochodzące ze średniowiecza tzw. kościoły warowne.

Pelikany, ozdoba delty Dunaju.
Naprawdę ogromne jest to bagnisko...
"Alpejskie" widoki Drogi Transalpejskiej.
Tama Barajul Vidraru na Drodze Transfogaraskiej.
Rumuńskie Karpaty Wschodnie.
Kąpielisko termalne w Baile Felix.
Jeden z kościołów obronnych Siedmiogrodu.
Jeden z monastyrów w Bukowinie.
Zamek w Peles. Letnia rezydencja królów Rumunii.
W kolejce do zamku Bran (chyba najbardziej turystycznego miejsca w Rumunii).
Ponury widok na Bran,
"przyszywany" zamek Drakuli.
Czy warto więc w ogóle do Rumunii jechać? Zwłaszcza na własną rękę? Naszym zdaniem tak. I to jak najszybciej, bo za kilka lat będzie już za późno. Pierwsze, co musi spodobać się przybyszowi z Polski to poziom cen. Są one wyraźnie niższe niż w naszym pięknym kraju. Dotyczy to wszystkiego: piwa i oczywiście wina, produktów spożywczych, noclegów, wejściówek do zwiedzanych obiektów, posiłków w restauracjach, itp., itd. Oczywiście, trzeba zachować miarę. Nie należy się spodziewać, że luksusowa kwatera nad samą plażą trafi się za darmo. W Rumunii to też kosztuje, ale jednak mniej niż np. w Polsce w sezonie. Ogólnie drożej jest też w najbardziej turystycznym regionie kraju, czyli w Transylwanii (Siedmiogrodzie). To część dawnych Wegier, kolonizowana od średniowiecza przez osadników z Niemiec. Obecnie przyciąga wielu niemieckich turystów, co źle wpływa na ceny oraz powoduje tłok i duże kolejki do szerzej znanych i atrakcyjnych obiektów. Gdy jednak przejedziemy do bardziej prowincjonalnych rejonów kraju, np. do Bukowiny czy Maramureszu (północno-wschodnie pogranicze, w sąsiedztwie Ukrainy i Mołdawii), to trafimy do zupełnie innego świata. Przykładowo, czterodaniowy obiad na dwie osoby (po dwa „drugie” dania na łebka, dla każdego nadto zupa, sałatka oraz po dwa piwa) kosztował w lokalnej restauracji w Gura Humora łącznie 68 RON (lei rumuńskich), czyli ok. 60 zł (!). I wszystko w tradycyjnym, rumuńskim stylu, obfite, tłuste, mięsne, bardzo smaczne i tak sycące, że wstać od stołu nie potrafiliśmy. Tak, rumuńska kuchnia to kolejny powód, dla którego warto odwiedzić ten kraj. Tylko wegetarianie (a już zwłaszcza weganie) nie mają tam czego szukać, bo mogą paść z głodu. :-)
A tu "zamek" Nicolae Ceausescu :D
O tej rumuńskiej taniości przekonaliśmy podczas zakupów w Syhocie Maramureskim (stolicy Marameszu), czyli na przysłowiowej, zabitej deskami prowincji. Bluzeczki z ludowymi, lokalnymi motywami (oferowane turystom w Siedmiogrodzie za 150 RON), kosztowały tam w normalnym sklepie 50-60 RON. Podczas gdy Ada przymierzała, ja wdałem się w niezobowiązującą rozmowę z właścicielką sklepu. Oświadczyła zaraz, że była w Łodzi i uważa Polskę za kraj wspaniały. Trochę zaskoczony, bo Łódź nie uchodzi jednak za miejsce szczególnie urodziwe (niech mi wybaczą mieszkańcy tego przemysłowego miasta), zrewanżowałem się zapewnieniami o pięknie i atrakcyjności Rumunii. Usłyszałem zaraz, że głęboko się mylę i Rumunia jest beznadziejna. A dlaczego? Bo tu zarabia się 250 Euro miesięcznie, podczas gdy w Polsce 1000 Euro. Dla podkreślenia swych słów Rumunka wyświetliła obydwie liczby na ekranie kalkulatora. I czyż można było jej zaprzeczyć? Niech to posłuży jako przykład względności spojrzenia wszystkim naszym malkontentom. Jesteśmy na dnie? A tutaj pukanie od spodu takich, którzy chętnie by się zamienili. Aby jednak skorzystać z tej taniości, nie należy zwlekać. Ceny w Rumunii rosną, widać to z roku na rok, a nawet z dnia na dzień. Bilety wstępów kosztowały zwykle więcej niż opisywali to na blogach poprzednicy sprzed roku czy dwóch (niewiele, 20-30%, ale zawsze), wspomniana przekąska z pieczonej karkówki także podrożała podczas naszego pobytu z 6,50 na 7 RON. Kraj się rozwija, przyjeżdża coraz więcej turystów: z Niemiec, ale również z Włoch, Francji, UK czy nawet z Hiszpanii. Przybyszów z Polski także bardzo wielu. Ta oaza taniości nie utrzyma się więc długo, przynajmniej dla Polaków (bo w końcu my Niemcom też zazdrościmy zarobków, tak jak Rumuni nam). Chorwacja także była kiedyś tania. Niestety, na tym oceanie cen niewygórowanych trafia się już jeden ważny i przykry wyjątek, ceny paliwa. Są one o ok. 10-15 % wyższe niż w Polsce (co ciekawe, olej napędowy czyli "motorina" kosztuje więcej niż benzyna). Jeżli porównamy to z wysokością zarobków, to sytuacja rzeczywiscie wypada dla rumuńskich automobilistów tragicznie (skoro i my narzekamy, porównując nasz własne proporcje w tym względzie z USA czy Europą Zachodnią). Cóż, samochód to luksus i tyle.
Wielu ceni Rumunię za dzikość krajobrazu, szerokie przestrzenie zalesionych, słabo tkniętych ręką człowieka gór, poczucie swobody i wolności, spokój, brak turystycznej komercji. To również powoli mija. Takie klimaty można jeszcze odnaleźć w delcie Dunaju, na Bukowinie, w Marameszu, częściowo w rumuńskiej Mołdawii. Ale w Siedmiogrodzie czy na wybrzeżu nie jest już pod tym względem tak dobrze. Siedmiogród zamienia się w zatłoczony, niemiecki park turystyczny. Wybrzeże to z kolei zapyziałe nadal kurorty w stylu polakierowanej, późnej komuny, tłoczne i krzykliwe.
W nadmorskim kurorcie Mamaja nadal można wyczuć klimat komunizmu.
Odpoczynek na półdzikiej plaży dla miejscowych.
Turystyczny bulwar nadmorski w Eforie Sud.
Obecna jest natomiast zupełnie inna egzotyka. Egzotyka zastarzałego komunizmu. Często można spotkać stwierdzenia, że Rumunia to skansen, taka Polska sprzed 20-30 lat. To w zasadzie prawda. Kto chce, może i powinien przypomnieć sobie tamte czasy (z sentymentu), albo też poznać je z pierwszej ręki (jeżeli sam ich szczęśliwie nie zaznał z powodu młodego wieku i daje się obecnie oszukiwać takiej czy innej, współczesnej propagandzie historyczno-politycznej). To także, oczywiście, przeminie. Ale w górach Maramureszu spotkaliśmy parę starszych wiekiem turystów z Kolorado w USA, którzy wybrali się na od dawna planowany objazd Europy Środkowo-Wschodniej (Bułgaria, Rumunia, Węgry, Słowacja, Polska), by poznać kraje i realia postkomunizmu. Cóż, zaczęli od wysokiego C, czyli od Rumunii. Ciekawe, co powiedzieli o Polsce, gdy tam w końcu dotarli. Tymczasem słyszeli tylko o istnieniu Krakowa oraz o tym, że w Polsce zagrożona jest obecnie demokracja (wypytywali, czy to prawda i co o tym ludzie sądzą). Cóż, przykry dowód na to, jak popsuto opinię naszego kraju za granicą. Tak to wstajemy z kolan. Ale przynajmniej w Rumunii nie musimy na tych kolanach pełzać. Stać nas na to, by zajadać z amerykańskimi turystami przy jednym stole. W czasach wspomnianych wyjazdów handlowych małym fiatem rzecz nie do wyobrażenia. Miejmy nadzieję, że to się nie zmieni.
Na tle cygańskiego, rumuńskiego pałacu w Huedin.
Inny z  cygańskich pałaców w Eforie Sud.
W sąsiedztwie wyrosła cygańska wioska.
Wioska na zbliżeniu. U nas jednak już trudno znaleźć takie obrazki.
Woły na drodze...
...aby ujrzeć takie widoki wcale nie trzeba jechać do Wietnamu. Mamy je też w UE :D
Ciekawe cóż popija spragniony woźnica w upalny dzień...
Oczywiści browar marki Neumarkt :D
Pawlak też chadzał po wsi z pastowanym kabanem...40 lat temu :D
Świnka wśród ozdób ogrodowych.
Lokalne targowisko uliczne w Syhocie Marmureskim.
A teraz kilka uwag praktycznych. Waluta rumuńska to leje (RON). 1 RON to mniej więcej 0,95 zł. Ceny przeliczamy więc łatwo, traktując podane kwoty jako nieco mniej warte niż w złotówkach. Pieniądze (najlepiej Euro) można bez trudu wymienić w bankach i kantorach. Dają one podobny kurs, tyle, że wymiana w banku to mała droga przez mękę. Wypełnianie pliku papierów, przeliczanie, sprawdzanie, stukanie w klawiaturę trwało przy takich okazjach dłużej tylko w Chinach (a to już coś). Na granicach sprawdzane są dowody osobiste albo paszporty (Rumunia nie należy do strefy Schengen), a także dowód rejestracyjny pojazdu. Idzie to jednak szybko. Czasy wielogodzinnego koczowania na granicy rumuńskiej, bebeszenia i rozkręcania samochodów należą już szczęśliwie do przeszłości. Natychmiast po wjeździe do kraju (najlepiej tego samego dnia) należy wykupić winetę, uprawniającą do poruszania się po wszystkich drogach. Nie dotyczy to wyłącznie autostrad, jak sądzi wielu przybyszów. To po prostu podatek drogowy dla cudzoziemców. Wjazd jednodniowy jest darmowy. Przy dłuższym pobycie należy zapłacić. Miesięczna wineta kosztuje teoretycznie 7 Euro, ale w praktyce agencje na granicy i stoiska na stacjach benzynowych oferują je za 8 Euro (cóż, też muszą zarobić). Podajemy numer rejestracyjny pojazdu oraz kraj zarejestrowania. Fakt posiadania winety sprawdzany jest przy wyjeździe z Rumunii, porównuje się czas pobytu z datą jej wykupienia oraz okresem ważności. Oczywiście, komputerowo. W razie takich czy innych braków albo niezgodności grozi mandat w kwocie 150 Euro, nie warto więc oszczędzać. Osobno płatny jest przejazd przez jedyny chyba most drogowy na Dunaju na obszarze Rumunii, stanowiący część autostrady na trasie Bukareszt – Konstanca. Opłata za jednorazowe przekroczenie rzeki to 14 RON (promy, z których korzystać trzeba w innych miejscach, kosztują zwykle 20 RON). Bilet można wykupić z wyprzedzeniem (albo już po przejeździe, ale najlepiej tego samego dnia) na stacjach benzynowych firmy Lukoil. Wtedy po prostu prujemy dalej, wybierając bramkę wolnego przejazdu. Możemy też zatrzymać się przy bramce obsadzonej przez bileterki, pobierające opłaty na miejscu. Kłopot w tym, że przy dojeździe brak oznaczeń różnicujących te dwa rodzaj bramek, a potem cofnąć się już nie sposób. Wszelkie informacje, co zrobić, gdy nie mamy biletu, a podjechaliśmy do bramki wolnego przejazdu (czyli to, że należy jechać dalej i jak najszybciej kupić bilet na stacji benzynowej) podano dla ułatwienia wyłącznie w języku rumuńskim. W tymże języku tryb postępowania usiłowała wytłumaczyć zniecierpliwiona kasjerka z sąsiedniej bramki, za nic nie chcąc przy tym sprzedać nam biletu. I to było wszystko, czego zdołaliśmy dowiedzieć się na miejscu, w sposób „urzędowy”. Resztę dopełnili znający trochę angielski rumuńscy kierowcy stojących za nami samochodów, a szczegóły Ada znalazła w internecie. Najprościej, oczywiście, jechać dalej i zapomnieć o sprawie, ale wtedy można dostać mandat (zainstalowano kamery). Ten brak informacji w ludzkim języku to poważny mankament. Przyznajmy jednak, w Polsce też nie brakuje podobnych sytuacji.
Przeprawa przez Dunaj w Gałaczu.
W Rumunii dość słabo działają portale internetowe, na których można rezerwować noclegi. Wiele obiektów nie oznajmia swojego istnienia w internecie, a te, które to uczyniły, są w sezonie często zajęte, zwłaszcza w bardziej turystycznych miejscowościach. Pozostaje wtedy szukanie kwatery „na żywo”, poprzez pukanie do drzwi hotelików i pensjonatów. Należy to jednak czynić mniej więcej do 19.00, później recepcje są już zazwyczaj zamknięte, a właściciele spożywają wieczorny posiłek albo szykują się do snu. Problemem może stać się również zjedzenie obiadu czy kolacji w przydrożnym motelu. Posiadają one zwykle restauracje, o czym informują banery reklamowe. Cóż z tego, skoro te przybytki sztuki kulinarnej pozostają w tygodniu niemal zawsze zamknięte i nieczynne. Ożywiają się tylko w weekendy, gdy z kolei obsługują przyjęcia weselne. W sumie, lepiej zaplanować obiad w większym miasteczku. Tam zawsze znajdzie się jakaś knajpka, najlepiej dla miejscowych.
Korzystną okolicznością jest to, że w Rumunii można rozbić się z namiotem niemal w każdym miejscu, bez pozwolenia. Omijamy, rzecz jasna, pola uprawne czy prywatne ogrody. W parkach narodowych w zasadzie też się nie biwakuje, dość często wyznaczono tam jednak specjalne, przeznaczone to tego celu miejsca. Wielu turystów korzysta z tej darmowej formy noclegu na łonie natury. W mniej uczęszczanych osadach nadmorskich, np. na południowym skraju kurortu Eforie Sud albo w wiosce Vama Veche przy granicy z Bułgarią, można rozbić się wprost na plaży, „na dziko”, tuż poza zasięgiem fal. Chętnych nie brakuje.
Konkretne atrakcje turystyczne (krajobrazowe, zabytki, miasta itp.), zebrane w grupy tematyczne, opiszę w kolejnych postach. Podobnie jak i rumuńskie piwa, całkiem znośne. Pozdrawiam.
Vama Veche, nasze obozowisko nad brzegiem Morza Czarnego.
W gościnie w domu Vlada Drakuli w mieście Sighisoara. Podejmował bardzo godnie :D
Sękacze, znane i u nas, jednak w Rumunii o wiele, wiele lepsze.
Wybór zróżnicowany, ceny niewygórowane.
Zbyszko ze swoim sękaczem.
Co za wybór...ślinka sama cieknie...same lokalne, doskonałe produkty.