Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia 2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia 2018. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 stycznia 2019

Piwa Rumunii

W drodze na dziką plażę Zbyszko uzupełnia zapas płynów piwem Ciucas wersji słodowej.

Rumunia nie jest raczej krajem uważanym za mekkę piwoszy. Starsi miłośnicy złocistego trunku, zajeżdżający do tego kraju w ramach wypraw turystyczno-handlowych, mogą jeszcze żywić niemiłe najczęściej wspomnienia z minionego okresu jedynie słusznych rządów. No, ale i w Polsce nie było wtedy pod tym względem zbyt dobrze.
Trzeba jednak pamiętać, że wbrew pozorom, Rumunia (a zwłaszcza Siedmiogród) posiada długą tradycję browarnictwa, gdyż piwa wytwarzali tam od średniowiecza liczni niemieccy osadnicy. Obecnie wiele browarów stara się nawiązywać do tej chlubnej przeszłości, niekiedy tylko z nazwy, niestety. Trafiają się jednak również w Rumunii bardzo miłe niespodzianki i kilka gatunków piwa godnych jest szczerego uznania oraz polecenia. Nie wszystkie, rzecz jasna, bo dotarły tam już międzynarodowe koncerny, wypuszczające na rynek produkty, które zasługują na określenie jedynie mianem innej cieczy, podobnej do złocistego płynu tylko kolorem. Degustowałem je z prawdziwą przykrością, dla celów poznawczych. Ale ponowne zastrzeżenie: „Nie szukaj słomki w oku bliźniego...” W Polsce także nie brakuje podobnych ścieków. Na plus należy natomiast zaliczyć fakt, iż producenci rumuńscy podają zazwyczaj nie tylko zawartość alkoholu, ale i ekstrakt poszczególnych piw. To bardzo ważna informacja dla konsumenta, u nas najczęściej pomijana (ciekawe, dlaczego?).
I na koniec powiew nadziei. Od kilku lat rozwija się w Rumunii produkcja piw rzemieślniczych, podejmowana głównie przez małe, prywatne browary, otwierane za sprawą entuzjastów. Jest ich coraz więcej i chociaż nie wszystkie ich wytwory przypadły nam do gustu, to już zazwyczaj kwestia indywidualnych upodobań.
Oto przegląd najpopularniejszych gatunków oraz niepełny zapewne zwiad w sferze piw lokalnych i rzemieślniczych.

Piwa ogólnokrajowe


Ursus – browar Bukareszt, 5% alkoholu, ekstrakt 11,4 %. To sztandarowe piwo rumuńskie, bardzo popularne. W zasadzie to kiepski, wodnity pils, o słabym smaku, w którym brakuje głębi oraz goryczki. Jeden z kolegów określił ten trunek mianem „chemicznego” i w zasadzie należy się z tą oceną zgodzić. Jak na najpopularniejsze piwo w kraju, wypada bardzo nieciekawie.
W gościnie u Vlada Draculi w Sighisoarze. Od lewej: Ursus zwykły, Ursus Black i Ursus Retro.

Ursus Black - browar Bukareszt, 6% alkoholu, 15 % ekstraktu. To piwo ciemne, zupełne przeciwieństwo Ususa klasycznego. Bogaty ekstrakt, wyrazisty, lekko kawowy smak, pełny i głęboki. Ursus Black szybko stał się jednym z naszych ulubionych piw w Rumunii, zyskał też wysoką ocenę pozytywnie zaskoczonych degustatorów w Polsce, gdyż przywieźliśmy kilka puszek. Trunek ze wszech miar godny polecenia.
W Sighisoarze.

Ursus Retro – browar Bukareszt, 5,3% alkoholu, ekstrakt 12%. To piwo niepasteryzowane. Przyjemny, wyrazisty smak słodu, dobrze gasi pragnienie. Produkt zdecydowanie bardziej udany niż Ursus klasyczny.
A tu w Orastie.

Stejar – browar Bukareszt (Ursus), 7% alkoholu, ekstrakt 14,5%. Oto prawdziwa perełka. Bardzo dobry, jasny strong. Wyrazisty, kwaskowy smak z nutą goryczki. Piwo ze wszech miar godne polecenia.
Warto skosztować.

Silva Blond – browar Bukareszt, 5% alkoholu, ekstraktu nie podano. Zupełnie przyzwoity lager o wyczuwalnej goryczce. Bez rewelacji, ale dobrze gasi pragnienie. Przydatny również przy posiłku.

Silva Dark – browar Bukareszt, 7% alkoholu, ekstraktu nie podano. Przyzwoity ciemny lager, z wyczuwalną mocą, smak w miarę głęboki. Piwo zdecydowanie warte degustacji.

Neumarkt – browar Bukareszt, 5,2% alkoholu, ekstrakt 11%. Przyjemny pils, lekko kwaskowy, z wyczuwalnym smakiem słodu. Dobrze gasi pragnienie. Jedno z bardziej popularnych piw w Rumunii.
Niestety, wiele piw rumuńskich rozlewanych jest do plastików.
Polecam jednak te wersję.
Jak widzimy, piwo Neumartkt rzeczywiście dobrze gasi pragnienie i jest doceniane przez miejscowych smakoszy. Ciekawe, czy dzielą się z kobyłą, jak w "Misiu"?

Bergenbier – browar Bukareszt, 5% alkoholu, ekstrakt 11%. Kolejny lekko kwaskowy pils, smak pozbawiony jest jednak głębi. Nadaje się ewentualnie do ugaszenia pragnienia i posiłku. W tej drugiej roli zmuszeni byliśmy popijać to piwo od czasu do czasu, jest bowiem popularne i bywa, że knajpki i restauracje oferują je jako jedyne. Może jestem jednak zbyt surowy, bo przyjaciołom ten akurat trunek w miarę smakował.
Ela zdradza oznaki zadowolenia.

Burger – browar Draganesti, 4,8% alkoholu, ekstrakt 11%. To obecnie produkt sieciowy firmy European Food S.C., nie można więc oczekiwać zbyt wiele. Ogólnie dość jednak przyzwoity pils z lekkim smakiem goryczki i kwasu. Dobry na upały.
W warunkach polowych da się wypić.

Favorit – browar Draganesti, 4% alkoholu, ekstraktu nie podano. Kolejny produkt firmy European Food S.C. Rozlewany do butelek pet. Piwo zdecydowanie mniej udane od poprzedniego, raczej wodnite, z braku czegoś lepszego ugasi pragnienie, ale bez rewelacji. Nie polecam.

Timisoreana – browary Timisoara i Bukareszt, 5% alkoholu, ekstrakt 11,1%. To kolejny bardzo popularny pils. Posiada delikatny smak lekkiej goryczki, orzeźwia i nie przytłacza. Piwo przyjemne w degustacji, zwłaszcza podczas upałów.
Z dwóch źródełek zawsze lepiej niż z jednego.
Pierwsza randka...

Timisoreana niepasteryzowane – browary Timisoara i Bukareszt, 5% alkoholu, ekstrakt 11,8%. Niezbyt udane, o bardzo słabo wyczuwalnym smaku goryczki. Przydatne ewentualnie do ugaszenia pragnienia.

Ciucas – browary Braszów i Bukareszt, 4,6% alkoholu, ekstraktu nie podano. Słaby, wodnity smak. Produkt zdecydowanie niegodny polecenia.

Ciucas Brasov Malzbier – browar Braszów, 5,1% alkoholu, ekstrakt 11,7%. Styl wzorowany na niemieckich piwach słodowych. Ogólnie piwom bawarskim nie dorównuje, ale to produkt bardziej niż przyzwoity, posiada wyrazisty smak słodu. Warto zdegustować, trafia się jednak dość rzadko, zwykle w okolicach Braszowa.
Podczas Oktoberfest podają jednak zdecydowanie lepsze dzieła sztuki piwowarskiej.

Ciuc – browar Bukareszt, 5% alkoholu, ekstrakt 11,5%. Można by złośliwie skomentować, iż nazwa mówi sama za siebie. Piwo wodnite i ogólnie bardzo kiepskie.

Zambos (4) – browar Bukareszt, 4% alkoholu, ekstraktu nie podano. To produkt warzony dla sieci Kaufland i sprzedawany w butelkach pet. Nie należy więc oczekiwać zbyt wiele, ale jednak to, co otrzymujemy, poraża. Poraża poczucie smaku i może zachwiać miłością dla złocistego trunku. Podawać osobom, które zamierzają zerwać z nałogiem picia piwa. Ciecz wodnita, podrasowana dziwną, sprawiająca wrażenie sztucznej goryczką. Brr... Ohyda.

Zambos (3) – browar Bukareszt, 3% alkoholu, ekstraktu nie podano. Wszystko, co napisałem o Zambosie 4 należy spotęgować w odniesieniu do Zambosa 3. Podejrzana w smaku ciecz, nie mająca wiele wspólnego ze złocistym trunkiem. Wodnita, nieprzyjemna. „To jest piwo?”, zdziwił się kolega po pierwszym łyku. Zdecydowanie odradzamy.

Albacher – browar Sebes, 4,8% alkoholu, ekstrakt 10%. - Lekkie piwo, dobre do ugaszenia pragnienia. Smak trochę kwaskowy, o słabej goryczce.

Dorfer – browar Sebes, 4,9% alkoholu, ekstrakt 9,6%. Jeszcze lżejsza wersja Albachera, bardzo słaba goryczka, ogólnie wodnite. Z braku czegoś lepszego można wypić celem ugaszenia pragnienia, ale ogólnie nie polecam.

Bucegi – browar Bukareszt, 4,5% alkoholu, ekstrakt 10,3%. Ledwie wyczuwalna goryczka, raczej wodnite. Nie polecam. Zbyt słaby ekstrakt.

Golden – browar Bukareszt, 5% alkoholu, ekstrakt 11%. To w istocie produkt koncernu Heineken, nie należy więc oczekiwać zbyt wiele. Smak ledwie wyczuwalny, goryczka śladowa. Kolejne bardzo przeciętne piwo o słabym ekstrakcie, ewentualnie do ugaszenia pragnienia.

Skol - browar Pantelimon (k. Bukaresztu), 4,8% alkoholu, ekstrakt 10%. To prawdziwa tragedia, a nie piwo. Smakuje po prostu jak woda. „Masakra, dla desperatów na pustyni” - oceniły koleżanki. W pełni zgadzam się z tą opinią.

Piwa lokalne


Suceava – browar Suczawa, 4,4% alkoholu, ekstrakt 10,2%. Piwo lokalne, warzone i dostępne w Suczawie. Wielkiej straty jednak nie odczujemy: brak smaku i głębi, ledwie wyczuwalna goryczka. Nie polecam.

Solca – browar Suczawa, 4,8%, ekstrakt 11%. Piwo to ratuje honor browaru w Suczawie. Przyjemny pils o lekko kwaskowym smaku z wyczuwalną głębią oraz goryczką. Godne degustacji.
Warte polecenia w Suczawie.

Piwa rzemieślnicze


Neamteana Blonda – browar Roman, 5% alkoholu, ekstrakt 12,2%. To piwo lokalne, w zasadzie rzemieślnicze. Dostępne we wschodniej Rumunii. Przypomina jednak bardziej radlera niż klasycznego pilsa czy lagera. Pozbawione goryczki, zamiast tego posmak słodyczy i owoców cytrusowych. Ada określiła to piwo jako „babskie”, a takowych nie lubi. Naszym zdaniem, to przykład zbytniego udziwniania produktów „rzemieślniczych”.

Neamteana Aramie (brązowa) – browar Roman, 6,5% alkoholu, ekstrakt 15%. To piwo ze wszech miar godne polecenia, chociaż, niestety, podobnie jak poprzednie dostępne tylko we wschodniej Rumunii. Pełny, bursztynowy kolor, smak słodu. Jeśli zechcą, to potrafią się postarać. Po kiego licha tracą czas i kadzie na tę poprzednią „blondynkę”?
Tego piwa warto poszukać.

Zaganu Blonda – browar Maneciu-Ungure (w okręgu Prahova), 5,3% alkoholu, ekstrakt 12%. Browar ten założony został w 2013 r. przez dwóch entuzjastów złocistego trunku. Smak Blondy lekko pszeniczny, według mnie wystarczająco głęboki, według Ady raczej wodnity, o zbyt słabej goryczce. Wyjątkowo nie doszliśmy tutaj do porozumienia.

Zaganu Bruna – browar Maneciu-Ungure (w okręgu Prahova), 7% alkoholu, ekstrakt 16%. Piwo ciemne, niepasteryzowane. Posiada pełny smak goryczki przy braku odcienia kawowego (co nieczęsto się w tego rodzaju piwach zdarza). Bardzo przyjemne w degustacji. Godne polecenia, trafia się niekiedy w większych marketach.

Sara – browar Crivaia w Neamt, 5,2%alkoholu, ekstrakt 12%. Niestety, to wyraźny przykład szukania przez browary rzemieślnicze oryginalności na siłę. Silny, słodkawy smak, wrażenie popijania jakiejś perfumowanej cieczy. „Ohyda niejadalna” - to słowa Ady, z którymi w pełni się zgadzam.

Sara Bruna – browar Crivaia w Neamt, 8% alkoholu, ekstrakt 13,5%. Silny posmak kawowy, przechodzący w goryczkę, brakuje jednak głębi. Zbyt wysoka zawartość alkoholu przy stosunkowo słabym ekstrakcie. Ogólnie przeciętne.

Terapia Gold – browar Clinica de Bere w Timisoara, 4,7% alkoholu, ekstrakt 11,6%. Medyczne skojarzenia w nazwie trunku i samego browaru nie są, niestety, bezpodstawne. Piwo zaliczyliśmy z Adą do tzw. „perfumowanych”, których nie znosimy. Silny, słodkawy posmak lekarstw, paskudny zapach. „Syf, który należy omijać z daleka.” - Oto nasza zgodna opinia.
Przypadek kliniczny, wymagający terapii.

Terapia Platin – browar Clinica de Bere w Timisoara, 5% alkoholu, ekstrakt 12,5%. Piwo niefiltrowane, barwa złocisto-brązowa, smak lekko kwaskowy, z wyraźną, końcową nutą owocową. Ada uznała to piwo za wodnite, co wynika zapewne ze stosunkowo niewysokiego ekstraktu jak na piwo aspirujące do barwy bursztynowej. Bez rewelacji.
Ten pacjent w niewiele lepszym stanie.

niedziela, 13 stycznia 2019

Marmarosz – „Wesoły Cmentarz”

"Wesoły Cmentarz" w Sapanta, uważany za jedną z najbardziej oryginalnych nekropolii na świecie.

Marmarosz albo Maramuresz to kraina historyczna wchodząca niegdyś w skład węgierskiego Siedmiogrodu, od końca I wojny światowej podzielona pomiędzy Rumunię, oraz kolejno: Czechosłowację, ZSRR i obecnie Ukrainę. Do Rumunii przynależy mniejsza, południowa część Maramoszu.
To swego rodzaju kolejna wersja Bukowiny: kraj pokryty głównie górami i lasami, stosunkowo dziki i słabo rozwinięty. Zdaniem wielu, nadaje mu to swoisty, specyficzny urok. Turystę przyciągnąć mogą również specyficzne, drewniane cerkwie tego regionu oraz atrakcja jedyna w swoim rodzaju: „Wesoły Cmentarz” w Săpănta. Ale po kolei.
Do Maramoszu wjeżdżamy z Bukowiny drogą nr 18 przez przełącz Prislop pomiędzy Górami Rodniańskimi i Marmaroskimi (łańcuchy w Karpatach Wschodnich). Przełęcz znajduje się na wysokości 1416 m. n. p. m. i opisywana jest często w samych superlatywach, jako miejsce dzikie, niezwykle malownicze, urzekające, itp., itd. To zdecydowana przesada. Prislop warty jest krótkiego postoju, ale na kolana nie rzuca. Prowadząca tamtędy droga znajduje się w raczej kiepskim stanie, na wielu odcinkach trwają prace budowlane, co nie dodaje okolicy uroku. Wrażenie psuje też usytuowana na przełęczy nowa, duża cerkiew oraz jej nieuporządkowane otoczenie. Pozostały tylko pobliskie góry, dość wysokie i zalesione, bez śladu obecności człowieka. W sumie Alpy to jednak nie są. Ot, takie nasze Bieszczady.
Przełęcz Prislop.

Nowa cerkiew, naszym zdaniem zupełnie niedopasowana do krajobrazu.

Widok z przełęczy na okoliczne góry.
Rozczarowani nieco tą pierwszą atrakcją Maramoszu ruszamy dalej. Zjeżdżamy na południe, w boczną drogę (najpierw nr 17C, później 186), by zwiedzić usytuowane przy niej kolejne, bardzo charakterystyczne cerkwie maramoskie. Pochodzą one z XVII-XVIII w. i wykonane zostały w całości z drewna, będąc dziełem miejscowych budowniczych. Najważniejsze z nich znajdują się w miejscowościach: Brasana, Budesti, Desesti, Ieud, Plopis, Poenile Iezi, Rogoz, Rozavlea i Surdesti. Obiekty te są stosunkowo słabo przygotowane na ruch turystyczny, zazwyczaj pozostają na co dzień zamknięte na cztery spusty. Niekiedy na drzwiach znaleźć można numer telefonu osoby opiekującej się cerkwią wraz z informacją, że po zawiadomieniu wpuści ona do środka zainteresowanych przyjezdnych. Raz czy drugi decydujemy się na skorzystanie z tej oferty i dzwonimy. Istotnie, pojawiają się wspomniani opiekunowie, sprzedają bilety po niewygórowanych cenach i otwierają drzwi. Szczerze mówiąc, wnętrza tych cerkwi większego wrażenia nie robią: małe, o ścianach pokrytych wyblakłymi już nieco malowidłami, podobnymi do widzianych już wcześniej w wielu innych miejscach Rumunii. W tej sytuacji, kolejne świątynie oglądamy już tylko z zewnątrz. I one, chociaż oryginalne, są zresztą do siebie bardzo podobne. Po obejrzeniu czterech czy pięciu nic już raczej przybysza nie zaskoczy. Na końcu tego szlaku, w Brasana na peryferiach Syhotu Maramaroskiego, znajduje się skansen, w którym zrekonstruowano ok. dziesięciu zebranych w jednym miejscu obiektów. Zajrzeć warto, te z kolei budowle rażą jednak nieco zbyt oczywistą „świeżością”.


Tradycyjna brama prowadzi do skansenu Barsana Monastery.

Ogólny rzut oka na zabudowania klasztorne.

Malowidła na sklepieniu głównej cerkwi klasztoru.

Jedna z cerkwi przeniesionych do skansenu.

Kolejna cerkiew w Barsana Monastery.

Cerkiew Narodzenia NMP w Ieud.
Cerkiew p.w. Archaniołów Michała i Gabriela
w Rozavlea.



 
Wnętrze świątyni w Rozavlea

Rozavlea, Zbyszko na tle ikonostasu.
Wizytówka Maramoszu to ozdobne, drewniane bramy wjazdowe do gospodarstw. Wyglądają one bardzo interesująco, o ile zostały starannie wykonane i utrzymano je w dobrym stanie. Niestety, obecnie miejscowi zbytnio już o nie nie dbają. Bramy „autentyczne”, czyli rzeczywiście prowadzące do niektórych domostw, prezentują się niespecjalnie okazale: zapuszczone, zdewastowane i raczej ubogo zdobione. Te „bogatsze” to już dzieło lokalnych władz albo zajazdów i restauracji. Wykonano je częściowo dla podtrzymania tradycji, ale bardziej dla przyciągnięcia uwagi turystów i klientów.

"Państwowo-cerkiewna" brama Maramoszu.

Przykład drewnianej bramy "prywatnej", stosunkowo bogatej.

Kolejna brama, tym razem wiodąca do zajazdu.

Ogólny widok rynku w Syhocie Maramaroskim.

Poranny targ uliczny w Syhocie Maramaroskim.

Oryginalne "kariatydy" w Syhocie Maramaroskim.

Po pobieżnym zwiedzeniu Syhotu Maramaroskiego (nic tam specjalnie do zwiedzania nie ma, ale to dobre miejsce na tanie zakupy odzieżowe – w tym tradycyjnie szytych bluzek maramaroskich oraz bukowińskich, sprzedawanych tutaj o połowę taniej niż w miejscach turystycznych, warto też zajrzeć na poranny, uliczny targ) rezerwujemy przez booking nocleg w wiejskiej cabanie (gospodarstwie), położonej w pobliżu miasta, ale już w otoczeniu gór. To Cabana Floare de Maramures. Cieszy się ona bardzo dobrymi opiniami, z miejsca zamawiamy też za dodatkową, niewielką opłatą tradycyjny obiad oraz śniadanie. Pomimo entuzjastycznych ocen poprzednich gości, w związku z poszukiwaniem oraz pobytem w cabanie spotykają nas rozliczne niespodzianki, częściowo miłe, ale i też mniej sympatyczne.
Po pierwsze, dojazd i lokalizacja. Miejsce podawane przez booking niezupełnie odpowiada prawdzie. To dom właścicieli, ale nie samej cabany. Gdy zajeżdżamy na podwórko, szczęśliwi, że to już tutaj, bo akurat skończyła się droga, dowiadujemy się lekko oszołomieni, że musimy jednak jechać dalej, czymś w rodzaju kamienistej ścieżki, może tak do 2 km., jak zapewnia sympatyczna skądinąd właścicielka. Ruszamy więc w prawdziwe góry. Dróżka coraz węższa i stroma, pobocza brak, wszystko zarastają drzewa i krzaki. Zawrócić raczej się nie da, wyminąć kogokolwiek też będzie niełatwo. Na szczęście, mamy napęd na cztery koła i wysokie zawieszenie. A i tak w pewnym miejscu nie zdołaliśmy skręcić za pierwszym razem, dobrze, że udało się stamtąd wycofać i wypróbować inny łuk tego skrętu.
Wypatrując z rosnącym niepokojem obiecanej kwatery, dostrzegamy wreszcie zjazd z tej nieszczęsnej drogi, dom poniżej i tabliczkę z napisem cabana! Uszczęśliwieni, nie czytamy zbyt dokładnie. Zresztą nazwy nie pamiętamy w całości, jest zbyt długa, szczerze mówiąc. Zwróciliśmy uwagę tylko na pierwszy człon: cabana. Jak się okazało, to za mało, bo cabana to ogólna nazwa gospodarstwa. Na nasze spotkanie wychodzi gospodyni, potwierdza, że na nas czekała i zaprasza na nocleg. Ochoczo prowadzi do pokoju, warunki nie do końca takie, jak zapowiadał booking (np. nie ma wi-fi), ale przecież w Rumunii nawet booking może się mylić (to już się zdarzało). Wkrótce podają zresztą obiad, co dodatkowo odwraca naszą uwagę. Co prawda, miał być tradycyjny i smaczny, a wypada raczej blado i mało oryginalnie, ale nastrój poprawiają wydobyte z samochodowej lodówki piwo oraz śliwowica, którą częstuje właścicielka.
I oto nagle wybucha awantura! Przyjechała nasza „właściwa” gospodyni, jak się później dowiedzieliśmy, zaalarmowana przez własną matkę, że gdzieś po drodze „zniknęliśmy”. Okazuje się, że to nie ta cabana! Zamiast do Cabana Floare de Maramures zajechaliśmy do położonej po drodze (o ile można to nazwać drogą) Cabana Victor! Ale dlaczego gospodyni tego miejsca potwierdziła naszą rezerwację? Rumunki kłócą się zajadle, nie szczędząc sobie ostrych słów. To nie pierwszy raz, gdy ta z Cabana Victor „podbiera” gości. Podobno regularnie niszczy też drogowskaz, ustawiony przy krytycznym miejscu zjazdu. Drogowskaz informujący o dalej położonej Cabana Floare de Maramures. Niezadowoleni, bo zdążyliśmy się już rozpakować, mamy jechać dalej. Płacimy też ekstra za wspomniany obiad, to wynik „ustaleń” obydwu pań. Ale przecież oboje coś niecoś wypiliśmy, całkiem sporo, jak na standardy polskiej drogówki. - To żaden problem – odpowiada nasza nowa gospodyni. - Tutaj policja nie zagląda. A gdyby nawet ta czarownica złośliwie po nich zadzwoniła, to zanim przyjadą, będziemy już na miejscu. I tam zaraz napijemy się z moim mężem dużo lepszej śliwowicy. Nikt niczego nie pozna. Jedźcie za mną. - I rusza z kopyta w zapadających ciemnościach zupełnie zwyczajnym samochodem osobowym, podczas gdy my właśnie przy skręcie w dalszą drogę omal nie ugrzęźliśmy z naszym napędem czterokołowym oraz wysokim zawieszeniem! Widocznie rumuńscy dżygici i rumuńskie amazonki takich udogodnień dla niewprawnych kierowców nie potrzebują. (-: Może i dobrze, że noc zdążyła zasnuć wszystko mrokiem, bo jadąc za naszą nową panią, zupełnie nieświadomi tego faktu, przetoczyliśmy się przez drewniany mostek, na oko niezbyt solidny, przerzucony nad parowem ze strumieniem. Ujrzeliśmy go dopiero rano, w drodze powrotnej. I wtedy nie mieliśmy już wyjścia, zresztą skoro raz wytrzymał...
Wreszcie przyjemniejsza część wieczoru. Gościna w Cabana Floare de Maramures wyśmienita. Przyzwoite warunki, miejsce uroczo położone na stoku góry, u szczytu otoczonej lasami polany. Dookoła cisza i spokój. Te zalety krajobrazowe docenimy dopiero następnego dnia, bo jest już ciemno, a nadto gospodarze pragną koniecznie zatrzeć wrażenie wywołane poprzednim nieporozumieniem. Oferują drugi obiad, za połowę wyznaczonej na bookingu ceny. Nie jesteśmy już głodni, ale nie wypada odmówić. Zresztą jedzenie naprawdę świetne, wreszcie takie, jak opisywano. Pojawia się też obiecana flaszka śliwowicy, którą opróżniamy we czwórkę. Ponieważ to nasz ostatni nocleg w Rumunii i zapasy procentów z Polski dawno się już skończyły, możemy się zrewanżować jedynie winem ze sklepu. Gospodarze chwalą je taktownie, chociaż sami z pewnością robią znacznie lepsze. Żegnamy się w bardzo przyjacielskich nastrojach, po czym rumuńskie małżeństwo rusza swoim samochodem do własnego, położonego już przy prawdziwej drodze domostwa. Ciemności, kamienista ścieżka, niepewne mostki oraz policja drogowa najwyraźniej im niestraszne.
I na koniec dwie ostatnie niespodzianki, które przyniósł poranek. Znakomite, domowe śniadanie złożone z lokalnych potraw, przygotowane przez matkę właścicielki. Po doświadczeniach obiadu to właściwie nie zaskakuje, natomiast uczynił to wystrój sali jadalnej. Utrzymany w tradycyjnym stylu, na ścianach makaty i gliniane garnki. Ale nie wszystkie są z gliny. Podchodzę i odkrywam, że kilka z tych zdobiących ściany naczyń do gotowania to „tradycyjne”, emaliowane wyroby z... Olkusza! Tak oto obiekty dawnego, prywatnego „eksportu” polskiego z czasów komuny awansowały na dzieła „ludowego rzemiosła”. (-: Ogólnie jednak Cabana Floare de Maramures to miejsce godne ze wszech miar polecenia. Trzeba tylko liczyć się z kiepską drogą dojazdową oraz uważać na „czarownicę” z Cabana Victor.
Powitalna biesiada gdy już z przygodami dotarliśmy do Cabana Floare de Maramures. 


Widok ogólny.

Kuchnia, w której zakupiliśmy doskonałe, domowe zakuski :D

Karmienie ryb.

Feralny rozjazd z drogowskazem wabiącym do Cabana Victor, na którym następnie omal nie zawiesiliśmy samochodu podczas ewakuacji.
I na koniec najbardziej oryginalna z atrakcji Marmaroszu: tzw. „Wesoły Cmentarz” w wiosce Săpănta. Dlaczego „wesoły”? Bo nagrobki na tym cmentarzu są bardzo niezwykłe. Drewniane krzyże, ale to przecież jeszcze nic takiego. Zdumienie budzą natomiast ich zdobione rzeźbienia oraz umieszczone na tabliczkach (czy raczej prawdziwych tablicach) barwne malowidła. Kolory bardzo żywe, z przewagą niebieskiego. Obrazy przedstawiają rożne epizody z życia zmarłego, nawiązując do jego zawodu, zamiłowań, cech charakteru. Do tego rozbudowane, wierszowane epitafia w tym samym duchu. Nie ma tu zadęcia, zadumy, lęku przed śmiercią. Przeciwnie, z humorem przedstawia się zmarłych, życzliwie, ale i wspominając o ich wadach, np. o lenistwie czy zamiłowaniu do butelczyny. Takie krzyże nagrobne zaczęto wznosić w tej wsi przed około 100 laty, a zainicjował to miejscowy artysta i poeta ludowy, układając epitafia i wykonując nagrobki. Szybko stało się to tradycją, kontynuowaną po dzień dzisiejszy. A cmentarz zyskał światową sławę, jako jedna z najbardziej oryginalnych nekropolii na kuli ziemskiej. Przyciąga też wielu turystów, co jest główną wadą tego miejsca. Okolica cmentarza przybrała bowiem charakter typowego, turystycznego jarmarku, ze straganami, restauracjami i pensjonatami. Trudno, przed czymś takim nie ma obecnie ucieczki i tyle. Nawet ucieczki w życie wieczne, jak widać.

Cerkiew na cmentarzu w Sapanta
Jeden z nagrobków (tutaj murarza).


Ogólny widok na "Wesoły Cmentarz".