sobota, 21 października 2017

Leniwce w Egipcie - kurs nurkowy

Pośród rybek nemo

Ruszamy na nurkowanie

Załadunek butli. Dzieci w Egipcie często nie chodzą do szkoły (jak widoczny na zdjęciu chłopiec), tylko pomagają dorosłym.
 
Młody kierowca, muszę przyznać, że doskonale sobie radził.

W porcie ruch wre. Właśnie przypłynął kuter z porannych połowów.

Odbiorcy świeżych rybek już czekają

Z tych lepszych kutrów wyładowują ryby pokryte lodem, z tych mniejszych bez lodu. Co na upale 30 stopni nie jest bez znaczenia. Ciekawe jakie odbiera nasz hotel? :D:D:D

Dopływamy do rafy
Pora przygotować się na nura :D

Skok na głęboką wodę 

I już w morzu...

Statek odpływa a my z prądem ruszamy za nim :D

Pełne zanurzenie na tle zabudowań Hurghady

I od razu pojawiają się przepiękne rafy koralowe Morza Czerwonego....


gdzieś na dnie...w sąsiedztwie raf. 

Ławice ryb...

i nurków :D

Fire coral - dotknięty parzy niczym ogień i pozostawia bolesne ślady

Płaszczka (rayfish)

Rybki nemo szukają swojego ukwiału :D

Z instruktorem...

W głębinach morza
Pośród kolorowej rafy


Z Mahmudem, który zrobił większość podwodnych zdjęć :D

Chyba polubiłam nurkowanie :p

Murena dojrzana gdzieś pod kamieniem. Prawda że brzydal?

Lionfish (skrzydlica), ładnie wygląda ale ma niebezpieczne kolce jadowe na grzbiecie

Rybki nemo "bronią" swojego ukwiału

Stonefish (szkaradnica) bardzo jadowity potworek

Murena - ciężko ją dostrzec bo poluje głównie nocą, za dnia kryjąc się w szczelinach

Braincoral na pierwszym planie

Black snake kolejna jadowita kreatura zamieszkująca rafę koralową

Garbiki

I znów black snake tylko tym razem wylazł spod kamienia :D

I płyniemy na statek
I wynurzenie...znowu bezpicznie na pokładzie statku.
Po tegorocznych wojażach (Chiny, Nordkapp, Neapol - wszystko na własnych nogach) decydujemy się na leniwy wyjazd do Egiptu. Jak w dowcipie sprzed kliku lat: "O, widzę sąsiad nad morze się wybiera? Co też pan, nie stać nas. Do Egiptu lecim!". Ale Egipt ma niezaprzeczalne zalety: zawsze tam ciepło i słonecznie, lot stosunkowo krótki (ok. 4 h.), samoloty starują z wielu miast w Polsce, ceny pobytu niewygórowane przy stosunkowo porządnym standardzie. Oczywiście, lepiej brać hotel pięciogwiazdkowy. Gwiazdki egipskie nijak mają się zwykle do gwiazdek europejskich, tak więc eksperymenty z niższymi kategoriami raczej niewskazane. Są i minusy: monotonne jedzenie, kiepska jakość lokalnych alkoholi dostępnych w opcji all inclusive, brak potrzeby i możliwości opuszczania położonego często w "szczerej pustyni" hotelu. No i wielu nie lubi oraz boi się Arabów, istotnie - to ludzie o dość specyficznej mentalności. Większość to jednak zwykli zjadacze chleba, którzy nie rzucają się z bombą i nożem na przypadkowego turystę. A ich uwarunkowania kulturowe też można obłaskawić i wykorzystać, jeżeli wie się jak. Tym razem ja zamierzam jednak przede wszystkim odpocząć, wylegując się na słońcu, Ada ma plany bardziej ambitne: zrobienie patentu nurka P1 w systemie CMAS. Akurat nad Morzem Czerwonym obydwa te cele można doskonale pogodzić. Pada więc na Egipt. I jeszcze jedno, zbliża się dzień moich okrągłych urodzin i mam ochotę ujrzeć moją Panią w roli Królowej i Bogini. A gdzież lepsza sceneria niż w egipskim pałacu (hotelu)? Limit bagażowy na czarterze duży, odpowiednie stroje, akcesoria i dodatki upchną się bez trudu obok pianki (kostiumu) do nurkowania!
Z tymi kursami nurkowymi w Egipcie to osobna sprawa. Polskie szkoły nurkowe i polscy instruktorzy psy na nich wieszają, opowiadając na okrągło, jak to beznadziejnie tam uczą, wszystko "po łebkach", w trzy dni i certyfikat dla każdego, kto zapłaci. A potem z takim patentem to wstyd gdziekolwiek się pokazać. Ale jest też i druga strona medalu. Szkolenie w Polsce kosztuje raczej drogo, zajęcia odbywają się albo na basenie, albo w zimnych, ponurych i ciemnych wodach naszych jezior. Do tego taki kurs ciągnie się przez kilka miesięcy wieczorami lub weekendami. Nie każdy ma na to czas i ochotę. Ada nawet takie szkolenie rozpoczęła, starannie wybierając ośrodek ze względu na dni, w których organizowano zajęcia. I proszę, po trzech tygodniach ni stąd, ni zowąd, zmienili te terminy! Przenieśli na dwa inne dni tygodnia, akurat takie, w których Ada wieczorami pracuje. To bardzo niepoważne traktowanie ucznia/klienta. Na tym dla mojej pani tamta nauka nurkowania się zakończyła. Polskie szkoły oferują też kursy częściowo wyjazdowe, w Egipcie właśnie. Ale tutaj liczą już sobie ceny bardzo wygórowane, np. za tzw."wody otwarte" (jedna z części szkolenia gdy kurs rozpoczyna się w Polsce) 3-4 tys. zł. przy tygodniowym pobycie w kiepskim, trzygwiazdkowym hotelu egipskim. Oczywiście, trzeba przecież opłacić wyjazd i zakwaterowanie całej kadry. I do tego jakieś rygorystyczne, wzięte z przedszkola zasady, jak cię zobaczą w tym hotelu z piwem w ręku, to nie nurkujesz następnego dnia. Oczywiście, z alkoholem podczas wyjazdu nurkowego przesadzać nie należy, bo to źle potem wpływa na samopoczucie pod wodą. Ale osoby doświadczone w tym sporcie nie kryją, że tak do 21 wieczór można z umiarem popijać, potem to już koniec i do łóżeczka. W końcu to jednak wyjazd rekreacyjny, a nie obóz karny. I jeszcze sprawa intensywności kursu. Co z tego, że w Polsce więcej godzin, skoro instruktor przypada na 15-20 kursantów? W Egipcie dostajesz instruktora dla siebie, góra dla dwóch osób. I zajmuje się tobą na okrągło. Gdy widzi, że uczeń opanował jakąś czynność, np. przedmuchanie maski pod wodą, to przechodzi do następnego elementu zamiast ćwiczyć do znudzenia ten akurat, bo jakiś gamoń z grupy nie może sobie poradzić, a reszta się nudzi - jak w klasycznej szkole podstawowej. No i sama sceneria, przejrzysta, rozświetlona słońcem woda, dookoła rafy koralowe. Do tego wiele ośrodków w Egipcie też prowadzą Polacy albo mieszane małżeństwa, szkolenie jest więc możliwe również w języku polskim. Ada jeszcze w Polsce, na dzień przed wyjazdem, wybrała szkołę w Hurghadzie o bardzo dobrych opiniach i ustaliła wszystko z jej polską współwłaścicielką. Trzydniowy kurs na patent P1 CMAS 260 $ (w tym wydanie certyfikatu), odbierają i odwożą do hotelu, na statku wyżywienie i napoje bez ograniczeń (jedzenie okazało się bez porównania lepsze niż w pięciogwiazdkowym hotelu). W sumie Ada była bardzo z tego kursu zadowolona A tutaj adres internetowy szkoły, którą można polecić naprawdę z czystym sumieniem. Patent to patent, pływać (znakomicie) i nurkować (rekreacyjnie, bez bicia rekordów) Ada i tak umie, grunt, żeby miała papiery na wypożyczenie sprzętu w jakimś ciekawym miejscu. Liczy, że partner do zejścia pod wodę zawsze się znajdzie (ja wody nie cierpię, ogień to jest to :D).
Lecimy więc do Hurghady, po dwuletniej przerwie w wywczasach nad Morzem Czerwonym. Lepiej byłoby do Sharm el Sheikh (nowsze hotele, mniej wieje, ładniejsze rafy koralowe, nie trzeba płacić za wizę, a i podróż krótsza o ok. 30 min.), ale po katastrofie/zestrzeleniu rosyjskiego samolotu nad Synajem dwa lata temu loty do tego kurortu wstrzymano. Teraz powoli wracają, ale jeszcze nie ze wszystkich miast. A nie mamy ochoty jechać na lotnisko do Warszawy. Postanawiamy lecieć tym razem z Wrocławia - Ada ma tam zobowiązania zawodowe i prosto z Egiptu uda się na konferencję w tym mieście, terminy akurat pasują. Mnie, skromnego sługę i sekretarza, zabierze w swojej świcie. Do walizek ładujemy więc kolejne komplety ciuchów. Na tej konferencji styl egipskiej Królowej i Bogini mógłby okazać się zbyt egzotyczny, a i sekretarz też powinien wystąpić odpowiednio u boku swojej pani. Wstyd powiedzieć, robi się z tego po 23-25 kg. na walizkę, ale to czarter, więc nikt nie widzi problemu. Ciekawe tylko, co pomyśleliby na widok zimowych płaszczy upchniętych w bagażach lecących do Hurghady. :D Hotel Ada wybrała już wcześniej, Jaz Aqamarine w Hurghadzie. Oczywiście, pięciogwiazdkowy, ma bardzo dobre opinie gości. Z rezerwacją czekamy do ostatniej chwili, obserwując ceny. W ostateczności polecimy z Poznania. Wreszcie trafia się oferta z Wrocławia, 2 tys. od osoby. W jednym z biur, inne trzymają poziom 2500-2800 zł. Bierzemy dwa dni przed wylotem, ostatni pokój w tej transzy. Wszystko dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionego biura pośredniczącego, które "klepie" rezerwację na telefon, nie czekając na dojście przelewu czy dowiezienie gotówki (co i tak muszę uczynić, podpisując przy okazji papiery). Potem ceny poszły w górę. Oczywiście, jakiś pięciogwiazdkowy hotel można było dostać w tym terminie także za 1500 zł, ale ten ma być podobno super. Niższe kategorie to tak 1100-1300 zł. (na last minute).
Lecimy liniami egipskimi, to także plus, bo w odróżnieniu od polskiego Entera np. dają posiłek i napoje. Co prawda, też na psy już trochę zeszli, bo ograniczają się do lekko nieświeżego sandwicza. Kiedyś bywało pod tym względem w egipskich samolotach lepiej! Przy locie do Hurghady trzeba wykupić na lotnisku wizę (w Sharm el Sheik obywa się bez tego, jeżeli zadeklarujemy, że nie mamy zamiaru ruszać się poza Synaj, czyli w praktyce nie chcemy jechać z wycieczką do Kairu). Cena tej wizy ciągle się zmienia, w górę, oczywiście. Pamiętam jeszcze takie za 10 $. Teraz dajemy się, niestety, nabrać. W sali przylotów czekają naganiacze z różnych biur turystycznych, nawołując gromko do oznaczonych logo swojej firmy stanowisk, w których sprzedają te wizy. Istotnie, można je tam kupić tyle, że z narzutem 2 $. Trochę zdziwiła nas mało okrągła cena 27 $ od osoby, ale w Egipcie potrafi być dziwnie. Potem okazało się, że w skromnym, nie rzucającym się w oczy okienku "państwowym" (po lewej stronie od wejścia ) sprzedawali te same wizy za cenę urzędową, czyli 25 $. Trudno, cztery dolary to nie majątek. Przy samym wyjściu z budynku terminala, po lewej stronie kolejne, warte zatrzymania się miejsce. Punkt sprzedaży kart telefonicznych firmy Vodafone (czerwone, trudne do przeoczenia logo). Za 10 $ kupujemy kartę internetową z limitem 8 giga (podobno do 4 giga chodzi jak żyleta, potem jakoby zwalnia). Ładujemy ją do telefonu, najlepiej zabranego w tym celu starego smartfona i mamy internet bez problemu oraz bez niczyjej łaski. W większości hoteli niby jest sieć, ale bezpłatne limity dla gości niskie, potem liczą sobie słono, a i tak ich internet nieustannie przeciążony i dobrze chodzi wyłącznie bladym świtem. W "naszym" hotelu internet nie dość, że był ponoć wolny to kosztował 48 $ za tydzień i działał oczywiście wyłącznie na terenie hotelu (w odróżnieniu od karty egipskiego operatora). W tym punkcie Vodafone przyjmują dolary bez problemu, tylko nigdy nie mają drobnych w tej walucie i najlepiej dać odliczoną kwotę. Tym bardziej, że i tak do Egiptu trzeba koniecznie zabrać ze sobą kilka banknotów jednodolarowych (ok. 10 powinno wystarczyć) celem rozdawania bakszyszu, czyli drobnych napiwków (tutaj mówi się, że na kawę, bo przecież muzułmanie piwa nie piją :D). To znakomicie ułatwia funkcjonowanie w każdym miejscu w tym kraju. Niektórzy ze współpasażerów dopiero w autobusie dochodzą do tego wniosku i usiłują namówić mnie na rozmianę pieniędzy. Ale wykazuję asertywność, moje zasoby jedynek z portretem Washingtona również są ograniczone. W Polsce też nie zawsze łatwo je kupić i trzeba często obskoczyć kilka kantorów, bywa, że płacąc powyżej normalnego kursu. Smarując tym smarem rękę za ręką, sprawnie trafiamy do hotelu i tu okazuje się, jak mądra była to taktyka. Jest problem z rezerwacją. Po dłuższych poszukiwaniach (mamy trzecią rano) recepcjonista wzywa szefa zmiany, który oświadcza, że nasze biuro "zapomniało" zrobić tę rezerwację (może nie potrafili w dwa dni, kto wie?). Ale zanim zdążyliśmy się zaniepokoić, dodaje, że to żaden problem. Pokoju dla nas, zgodnego z bookingiem wprawdzie nie ma, ale da nam lepszy, dla nowożeńców. Większy i z ładnym widokiem. Osobiście zawozi nas tam melexem i oprowadza. Pokój istotnie duży, czysty, z komfortową łazienką. I dwa wielkie łóżka. Dla nowożeńców? Może dla rodziny muzułmańskiej. Tak czy inaczej, miło poczuć się nowożeńcem! Na jednym będziemy spali, na drugim uprawiali sex! Albo może na zmianę! Szef obsługi też odchodzi/odjeżdża z drobnym, zielonym papierkiem. Może i wycyganili ten napiwek, ale pokój naprawdę świetny. O tym, że mogło być zupełnie inaczej, przekonuje scenka w recepcji. Podczas gdy szukano tej naszej rezerwacji zadzwonił telefon. Szef zapytał nas (po angielsku) czy znamy rosyjski. Zgłosiłem się na ochotnika i poproszono mnie, bym wytłumaczył "po rosyjsku" jednemu z gości, że w tej chwili mogą dostarczyć do jego pokoju dostawkę dla dziecka, a resztę będą załatwiać rano. Klient nie zna bowiem angielskiego i nie można się z nim dogadać. Gdy wziąłem do ręki słuchawkę, okazało się zaraz, że rosyjskiego też nie zna. Oczywiście, rodak z Polski. Usłyszawszy słowa w znajomym języku, z miejsca zaczął wylewać swoje żale, zapłacił za pokój superior, a dostał zwykły. Araby oszukali go i potraktowali "per noga", jak to zawsze Polaków. Może i miał rację, ale okazywał to w sposób agresywny i po chwili płynnie przeszedł do opieprzania mojej skromnej osoby, gdy już znalazł kogoś, kto zrozumie jego słowotok. Miałem dość i zakończyłem rozmowę stwierdzeniem, że jestem przypadkowym gościem, który przybył akurat do hotelu i poproszono mnie tylko o przekazanie informacji w zrozumiałym dla niego języku. A w ogóle to, mamy trzecią rano i wobec zaprezentowanego nastawienia nie zamierzam zajmować się jego sprawami, bo chcę dostać szybko własny pokój i iść spać. I tak się stało. A przecież mogli bez problemu dać mu ten pokój dla nowożeńców (tam żadna dostawka nie byłaby potrzebna), a nas umieścić w jego kwaterze. Wszystko zależy od odpowiedniego podejścia. Egipt to kraj arabski i bakszysz to tutaj instytucja. Obsłudze hotelowej płacą grosze i napiwki stanowią wliczony element ich zarobków. A tych kilka dolarów to żaden majątek, zwłaszcza, gdy w zamian biegają gorliwie wokół twojej osoby.
W "naszym" hotelu

Jeden z zespołów zjeżdżalni w hotelu Jaz Aquamarine

A tu jak widać morze uciekło od nas...

Relaks przy piwku

Dwa słoniki :D

Jak widać morze w hotelu cofa się na tyle że trzeba iść w błocie kilkaset metrów nim dotrzemy do wody...

Zabawa na zjeżdżalniach. Jeden z niewątpliwych plusów hotelu Jaz Aquamarine.

Hotel Jaz Aquamarine posiada kilka zespołów zjeżdżalni co pozwala bawić się na nich do późnych godzin wieczornych (jak na zdjęciu)
Przyznam jednak, że sam hotel trochę nas rozczarował, biorąc pod uwagę wysokie oceny i zachwyty w komentarzach. Istotnie duży, ładny, z mnogością basenów, zjeżdżalni i barów. Nigdy nie brakuje leżaków, ale w lepszym hotelu egipskim to standard. Do tego sympatyczna, uczynna obsługa, nawet bez konieczności rozrzucania wszędzie podobizny Jerzego Waszyngtona. Mają też sok pomidorowy, co bardzo odpowiada mojej pani (najchętniej pija "Krwawą Mary"), a którego zwykle w Egipcie brakuje. Największy minus to jedzenie - monotonne, niedoprawione, niesmaczne, z małym wyborem. Tak, wiem, to też klasyka pobytu nad Morzem Czerwonym, ale porównuję nie z kurortami polskimi (gdzie w dobrych hotelach mamy prawdziwą "poezję smaku"), czy choćby tureckimi, tylko z innymi resortami egipskimi. Jeżeli naprawdę chcą, to potrafią postarać się bardziej na bazie wołowiny, ryb i kurczaka. Na plus zaliczę im jednak urządzenie małej fety urodzinowej. Z własnej inicjatywy honorują tak każdego gościa, którego rocznica przypada podczas pobytu. A takich trafia się sporo. Brakuje niestety barku wodnego, który w Egipcie znakomicie podnosi komfort drinkowania i jest najlepszym miejscem nawiązywania ciekawych znajomości. Poprzednim razem trafili się kolejno: najpierw poseł do Knesetu na wakacjach z rodziną - Arab oczywiście - w Egipcie ma taniej niż w Izraelu, tylko samochód musi zostawić na granicy, bo na izraelskich rejestracjach to długo by tutaj nie pojeździł, studiował w Polsce i chciał przypomnieć sobie język oraz miłe chwile spędzone w naszym kraju w towarzystwie wieprzowiny, wódeczki oraz ładnych dziewczyn, a potem rosyjski konstruktor samolotów i wreszcie rodacy, z różnych stron Beneluksu oraz Skandynawii. Jeżeli nawet koloryzowali, to czynili to wszyscy ze swadą i czas upływał przyjemnie. Tym razem musimy poszukać sobie innych atrakcji. I zadbała o to moja pani, występując wieczorem w roli egipskiej Królowej i Bogini. Stylizacja okazała się nadzwyczaj udana i przyniosła efekty bardziej nawet piorunujące niż Jerzy Waszyngton. Tak, pewne zachowania mają tutaj we krwi... :D A potem przenieśliśmy się do tego apartamentu dla nowożeńców, to w końcu moje urodziny... :D.

Jako królowa Kleopatra

Kleopatra podczas wieczoru urodzinowego :D
Po powrocie do komnaty sypialnej :D 



niedziela, 8 października 2017

Neapol – stolica Południa

Panorama Neapolu z morza i widok na zamek Sant'Elmo
Inny z zamków Neapolu Castel dell'Ovo
I piknik na "plaży miejskiej" w pobliżu Castel del'Nuovo. Zbyszko z "blondynką" w dłoni :D

I kolejne zamczysko, Castel Nuovo.
Neapol to bez dwóch zdań symbol południa Włoch. Stare miasto założone jeszcze przez greckich kolonistów, przechodziło później różne koleje losu, rządzone przez Rzymian i Bizantyjczyków, Normanów, Niemców, Francuzów i Hiszpanów. Było stolicą państwa o dziwacznej nazwie Królestwo Obojga Sycylii, w 1861 r. zostało włączone w skład jednoczących się Włoch za sprawą „wyprawy tysiąca Garibaldiego”. Ten rewolucjonista, który stał się bohaterem narodowym, ma zresztą w mieście pomniki, place, stacje kolejowe. Burbonowie neapolitańscy, których obalił, nie cieszyli się dobrą sławą, ani wśród poddanych, ani w ówczesnej Europie. Wszyscy ci rządzący pozostawili po sobie liczne ślady, zwłaszcza w postaci kościołów i klasztorów oraz obronnych zamków. Tych ostatnich Neapol ma zresztą kilka. Budowli sakralnych też nie brakuje. Zalicza się je do głównych atrakcji turystycznych miasta, ale ich kolejne zwiedzanie może szybko znużyć. Naszym zdaniem w zupełności wystarczy odwiedzić przede wszystkim klasztor i kościół św. Chiary (surowe, gotyckie wnętrze – wynik renowacji po zniszczeniach wojennych oraz usunięcia barokowych dodatków, obok piękne krużganki klasztoru, do kościoła wstęp wolny, krużganki 7 euro, czynne 7.30 – 13.00 oraz 15.00 – 17.00, w małym parku przy kościele znajduje się ujęcie wody pitnej). Naprzeciwko trafiamy na kościół Gesu Nuovo, za niepozorną fasadą kryje się bogate, barokowe tym razem wnętrze. Potem jeszcze dla porządku katedra San Gennnaro (św. Januarego – patrona miasta, 8.30-12.30, 16.30-18.00). Tu warto pamiętać, iż podczas gruntownej renowacji kościoła w XVII w. biedni lecz dumni Neapolitańczycy odrzucili hojną darowiznę hiszpańskiej wicekrólowej, uważając, że świątynię swego patrona powinni odbudować za własne pieniądze. Co zresztą obecnie nie przeszkadza im pojawiać się w katedrze z pizzą w dłoni. Ostatecznie, pizza to też chluba Neapolu! (opis najważniejszych pizzerii zob. tu link). Na tym zwiedzanie kościołów możemy zakończyć, wystarczy już tych świętości!
Przed kościółem Gesu Nuovo

Bogate wnętrz kościoła Gesu Nuovo

Przed wejściem do kościoła Santa Chiara

Wirydarz w klasztorze św. Klary

Krużganki przy powyższym wirydarzu

I znów na alejkach widydarza

Przed Katedrą św. Januarego

Pizzeria w katedrze :D

Kaplica św. Januarego

Wnętrze katedry

Kolejny punkt obowiązkowy, to Muzeum Archeologiczne (Piazza Museo, 9.30-19.00, wtorki i święta nieczynne, 13 euro), tu zwłaszcza Gabinetto Segreto ze starożytną pornografią (zob. tu link) oraz mozaiką przedstawiającą bitwę Aleksandra Wielkiego z Dariuszem. Warto też zajrzeć do neapolitańskich podziemi. Jedna z tras wycieczkowych rozpoczyna się w kościele San Lorenzo Maggiore (przy Via Tribunali) i ukazuje starożytne, greckie, rzymskie oraz bizantyjskie pozostałości ukryte pod obecnymi domami miasta) druga w pobliżu Piazza Plebiscito (tu najciekawsze wydają się eksponaty związane z II wojną światową, podziemia wykorzystywano bowiem jako schrony). Zwiedzanie w grupach zorganizowanych, z przewodnikiem w języku włoskim lub angielskim. Po zaliczeniu tych atrakcji można spokojnie spacerować po wąskich, urokliwych uliczkach, wjechać kolejką szynowo-linową na wzgórze zamkowe (Castel Sant' Elmo). Ładny stąd widok, ale żeby wejść na mury trzeba zapłacić także za wstęp do muzeum, co niekoniecznie opłaca się czasowo oraz finansowo. Wybraliśmy polecany przez turystów spacer schodami prowadzącymi do podnóża zamku (Via San Martino – tak, to ulica, ale raczej niedostępna dla ruchu kołowego). Plaży jako takiej w Neapolu nie znajdziemy, miejscowi korzystają ze słońca i wody na kamieniach zabezpieczających nadbrzeżne bulwary w okolicach zamku Castell dell'Ovo. Urządziliśmy tam sobie piknik. Trochę trudno zejść z bulwaru, ale przy odrobinie wysiłku można to uczynić przy nasadzie grobli łączącej zamek ze stałym lądem.
Neapol wzbudza wśród przybyszów diametralnie różne uczucia. Dla jednych to miasto brudne, zatłoczone i hałaśliwe. To wszystko prawda, ludzi mnóstwo, klaksony i ryk silników, wszechobecne skutery wyjeżdżające z każdego zaułka, dosłownie z każdej szpary w szpalerze ciasno upchanych domów. W bocznych, krętych i ciasnych uliczkach (a i nie tylko tam) co i rusz napotykamy kupy śmieci albo wręcz ludzkich ekskrementów (nawet na placu Garibaldiego, tuż przed głównym dworcem kolejowym). Nikt z miejscowych się tym nie przejmuje. Wielu gościom nie przeszkadzają jednak te osobliwości i chłoną niepowtarzalny koloryt miasta, tworzony przez niezliczone knajpki ze znakomitą kawą (to w końcu Włochy!), uliczne stragany z wszelakimi towarami, lodziarnie i ciastkarnie (jedno i drugie to kolejna specjalność Neapolu) oraz, oczywiście, pizzerie. O tym kolorycie decydują jednak przede wszystkim ludzie, hałaśliwi, rozgadani (niekoniecznie po angielsku – z tym często problemy), oszukujący przy rozliczaniu drobnych zakupów (zwłaszcza owoców na wagę, urząd skarbowy też zresztą oszukują, po przyjrzeniu się kilku paragonom po zakupie jakichś pamiątek zauważyłem, że podane tam ceny były o połowę niższe niż te wystawione na metkach i pobierane przy kasie), niby to spieszący się gdzieś w swoich sprawach, ale zawsze znajdujący czas, by zatrzymać samochód na środku wąskiej uliczki i pogadać z przyjacielem. W sumie są też jednak życzliwi i przyjaźni (np. konduktor w pociągu, który podarował nam karę za wykupienie niewłaściwego biletu podczas podróży do Puzzoli). Miłośnicy (miłośniczki) zakupów znajdą się w swoim żywiole przy Via Toledo. To główna ulica starego centrum, obstawiona wszelkiego rodzaju sklepami oraz butikami z konfekcją i galanterią. Ceny niewygórowane, niższe niż np. w Rzymie, zawsze też oferują jakieś przeceny. O wiele trudniej w Neapolu o sklep spożywczy. Na szczęście, tu i tam rozmieszczono publiczne ujęcia wody pitnej. Bardzo przydatne w gorącym klimacie miasta!
Jeden z ciekawszych eksponatów Gabinetto Segreto w Muzeum Archeologicznym :D
Jeden z licznych improwizowanych śmietników ulicznych w bocznych zaułkach Neapolu.

Neapol od "kuchni" widok z okna muzeum przy kościele San Lorenzo Maggiore.

Mamy wrzesień ale tutaj już szykują się na święta. Uliczka w pobliżu kościoła San Lorenzo gdzie atmosfera bożonarodzeniowa trwa cały rok.
Uliczny sklep z rybami.

A za rogiem konkurencja...

Temat rzeka...włoskie słodycze.

A tutaj m.in. słynne baba neapolitańskie, nasączone rumem.

I chyba najsłynniejsze neapolitańskie ciasteczka wypełnione kremem: cannoli

Do wyboru, do koloru aż ślinka cieknie

Chyba nie zdołamy się oprzeć...

Nawet wikingowie nie oprą się włoskiej porcji słodyczy. Zdjęcie w Galerii Umberto I
Piazza del Plebiscito

Pałac królewski po przeciwnej stronie.
I jeszcze nowoczesna religia Neapolu, czyli piłka nożna. Neapolitańczycy to fanatyczni kibice, oczywiście FC Napoli, z którego są dumni niczym ze Św. Januarego i pizzy razem wziętych. W gęsto zabudowanym centrum brak placów do gry w piłkę, więc młodzi następcy Maradony grają w mini parku przy kościele św. Chiary. Średniowieczny mur świątyni z XIII w. to jedna z granic wyłożonego kamieniami „boiska” (na szczęście bez eksponowanych okien), prowadzące do bocznego wejścia schody pełnią rolę bramki. Nikomu to nie przeszkadza. A „boski” Diego Armado Maradona to bohater i współczesny święty Neapolu. Po zakończeniu kariery ten znakomity piłkarz ma różne problemy, także z prawem, ale tutaj nikt o tym wiedzieć nie chce. Wszyscy pamiętają tylko o tym, że będąc u szczytu sławy ten nowy „król footballu” grał w FC Napoli, kupiony za zawrotną wówczas kwotę 10 mln. dolarów. Podobno pieniądze wyłożyła mafia. I nic w tym dziwnego, w końcu mafiosi to też kibice! Dzięki Argentyńczykowi w 1990 r. FC Napoli jeden jedyny raz w historii zdobył mistrzostwo Włoch, ogrywając kluby z bogatej północy, Mediolanu czy Turynu. Takiego triumfu biedni i dumni południowcy długo nie zapomną! Toteż Maradona ma swoją kaplicę, niczym prawdziwy święty. Urządzono ją w kawiarni Bar Nilo przy Via San Biagio dei Librai (w starym centrum miasta). Przyciąga ona licznych ciekawych, by zrobić zdjęcie wypada zamówić kawę (2,50 euro, drogo jak na południowe Włoch, ale co tam!). W zamian możemy sfotografować się przy podobiźnie „Boskiego Diego”, otoczonej wizerunkami Matki Boskiej, świętych pańskich (z Ojcem Pio i Janem Pawłem II na czele) oraz papieża Franciszka. Już w Barcelonie, na stadionie Barsy, odnieśliśmy nieodparte wrażenie, że religia katolicka i piłka nożna mają wiele wspólnego, jeśli chodzi o formy wyrażania uczuć wyznawców. W Neapolu otrzymaliśmy kolejne potwierdzenie tego stanu rzeczy!
Jeden z "fresków" przy ołtarzu kaplicy boskiego Diego
A tutaj kapliczka

Diego najwyższym kapłanem neapolitańskiego footbolu :D

Bar Nilo w którym mieści się kapliczka Maradony

Na koniec kilka informacji praktycznych. Neapol, niezależnie od tego, czy gość doceni czy też nie specyficzny urok miasta, to znakomity punkt wypadowy do zwiedzania przepięknej okolicy. Wszędzie można dojechać metrem lub kolejką podmiejską, ewentualnie popłynąć promem (na wyspy). Pensjonaty typu BB oferują stosunkowo niedrogie noclegi, najlepiej wziąć takowy w starym centrum. Wtedy zamiast jechać metrem (1 euro) można po prosu wybrać niedługi zwykle spacer i chłonąć atmosferę miasta. Wieczorami koniecznie trzeba odwiedzać kolejne pizzerie (do diabła z dietą, takiej pizzy nigdzie indziej nie dostaniecie). Dojazd z lotniska zapewniają autobusy firmy Alibus (na lotnisku należy skierować się wzdłuż drogi prowadzącej na wprost od głównego wyjścia, po ok. 200-300 m. trafimy na przystanek). Koszt biletu to 4 euro, kupujemy u kierowcy. Możemy jechać na Plac Garibaldiego (główny dworzec kolejowy, stacja metra) albo dalej, do portu promowego na nabrzeżu, w centrum miasta. W sprzyjających warunkach zabierze to ok 20 minut (do portu), ale jeżeli trafimy na bardzo tu częste korki, to 1.30 h też nikogo nie zdziwi. Autobusy kursują dość często, ale z powodu wspomnianych korków zgodność z rozkładem jazdy pozostaje problematyczna. Taksówkarze proponują często przejazd na trasie lotnisko-centrum za 5 euro od osoby, ale trzeba zająć albo przynajmniej zapłacić za wszystkie miejsca.

Ciekawe miejsca, do których łatwo dotrzeć z Neapolu, a które odwiedziliśmy:

1. Pompeje (klik), warto zwrócić uwagę na łaźnie i dom rozpusty :D w Pompejach.

2. Wulkany Neapolu: Wezuwiusz i Solfatara (klik)

3. Capri - Królowa Zatoki Neapolitańskiej (klik)

4. Ischia, Księżniczka Zatoki Neaopolitańskiej (klik)

Warto również popróbować neapolitańskiej pizzy. Nigdzie poza Neapolem nie zjecie równie dobrej! Tutaj link i kilka naszych propozycji :D Mniam :D Smacznego!