środa, 12 lipca 2017

Borjomi

Przygasły blask Borjomi

Widoki okolicznych wzgórz

Borjomi
 – uzdrowisko w południowej Gruzji. W XIX w. zdobyło sławę dzięki książętom z rodziny carskiej, którzy chętnie tu przyjeżdżali, za czasów ZSRR bywali z kolei przodownicy pracy oraz sekretarze. Obecnie dawna świetność mocno podupadła i kurort sprawia wrażenie raczej siermiężne. Park zdrojowy usytuowany jest w górskiej dolinie o stromych zboczach. Główna atrakcja to wjazd kolejką linową na górną krawędź tejże doliny. Wsiadamy z niejaką obawą, wagonik odpowiada dokładnie opinii o minionej chwale: odrapany blichtr oraz niepewny stan techniczny. Mamy nadzieję, że liny i mechanizmy jednak sprawdzają. Na wszelki wypadek wzmacniamy odwagę popijając domowe wino z butelki pet. To samo czyni grupka Rosjan, naszych współpasażerów, tylko oni mają baniaczek pięciolitrowy. Widok z góry nieco zawodzi, dolina gęsto zarośnięta. Obok górnej stacji trafiamy niespodziewanie na park rozrywki (aktualnie w remoncie) oraz zwykłą drogę. Czyli można tu po prostu wjechać samochodem! Rozczarowani, odbywamy podróż powrotną, ponownie sięgając po wino. Na dole jeszcze dłuższy spacer od bramy parku do centrum miasteczka. Wiedzie tam zatłoczona uliczka, przy której rozłożyły się wszelkiej maści jarmarczne stragany z pamiątkami, przekąskami i czym kto chce. Dajemy się namówić na autentyczny, gruziński miód domowej roboty (oczywiście, najlepszy na świecie), doprawiony młodymi szyszkami sosny. Spożyty już w Polsce, okazał się mocno wodnity i raczej kiepski w smaku. Jak to nabytek z kurortu. Próbujemy jeszcze zaczerpnąć słynnej wody zdrojowej Borjomi, niegdyś ulubionej w Rosji zarówno carskiej, jak i radzieckiej, obecnie obłożonej jednak embargiem w Rosji putinowskiej z powodu napiętych stosunków politycznych. Można jej spróbować w usytuowanej w połowie ulicy czerpni. Niestety, są tylko dwa czynne krany. Całą okolicę obsiadła wycieczka z Kazach -, Tadżyki - czy innego środkowoazjatyckiego stanu. Napełniają ze słabo ciurkających czerpni kolejne pięciolitrowe butelki pet, obok całe stosy jeszcze pustych. Skośnoocy turyści ani nie pomyślą o tym, że blokują w ten sposób dostęp wszystkim innym, przynajmniej na godzinę. Pewnie wracają już na tę swoją pustynię czy bezwodny step. Po mniej więcej kwadransie, widząc, że sytuacja nie uległa zmianie, rezygnujemy. W taki oto sposób ominęła nas ta atrakcja Gruzji.
Widok z kolejki liniowej na wciśnięte miedzy wzgórza zabudowania Borjomi


W rozklekotanym wagoniku kolejki. W tle Rosjanin z miarką do degustacji

Taka ogólna komunistyczna siermięga :P


Gori

Przed wagonem-salonką należącym do Stalina.



Gori
 – miasto w środkowej Gruzji, znane przede wszystkim jako miejsce urodzenia Józefa Stalina, który jako syn szewca spędził tam dzieciństwo w niewielkim, bardzo skromnym domku.
Przed pomnikiem Stalina w Gori
Obecnie dokoła stoją budynki pompatycznego muzeum, poświęconego „Wodzowi Ludzkości”. W czasach radzieckich był to obiekt kultu, nawet po ujawnieniu zbrodni dyktatora. Co prawda, wielu i tak nadal czciło Stalina, a i dzisiaj można znaleźć w Gruzji jego wielbicieli. W Gori stoi zresztą na wolnym powietrzu pomnik wodza. Sam obiekt i wystawa robią wrażenie z jednej strony przygnębiające, z drugiej okazują się bardzo interesujące jako muzeum nie tyle samego Stalina, co dziejów jego kultu. Mamy tu m. in. woskową, pośmiertną maskę twarzy wodza, liczne przedmioty osobistego użytku, jeszcze liczniejsze dary, które otrzymywał od głów państw oraz „wdzięcznego ludu”. Można obejrzeć zachowane i odnowione wnętrze wspomnianego domku. O zbrodniach dyktatora przypomina tylko skromna wystawa usytuowana w piwnicy muzeum, mająca stanowić rekonstrukcję celi przesłuchań w jednym z sowieckich więzień. Mało kto tam zagląda, a i opis tej wystawy niezbyt wyrazisty. Można odnieść wrażenie, że dodano ją z obowiązku, niechętnie. Ciekawym eksponatem (wejście osobno płatne) jest natomiast oryginalny wagon-salonka, którym Stalin podróżował na konferencję w Poczdamie w 1945 r., z kompletnie zachowanym wyposażeniem.
Inny z pomników Stalina w jego muzeum w Gori
Mało kto o tym wie, ale dyktator panicznie bał się latać samolotem. Odbył tylko jedną taką podróż, którą dosłownie odchorował. Potem unikał już takich sytuacji, ale aby zachować twarz twierdził, że to lekarze zabraniają mu latać z powodów zdrowotnych. To dlatego, gdy już musiał udać się gdzieś dalej (co zresztą zdarzało się nader rzadko, zwykle siedział na Kremlu albo w ulubionej, podmoskiewskiej daczy), korzystał z tego właśnie wagonu. Przykro to przyznać, ale Gruzja, która wydała wielu wybitnych poetów, artystów, świętych czy choćby wielkich władców, w świadomości większości ludzi na świecie jako najsławniejszych swoich synów przedstawić może właśnie Stalina oraz jego szefa służb, Berię. Dwóch wielkich zbrodniarzy. I wcale niemałej liczbie Gruzinów bynajmniej to obecnie nie przeszkadza. W sklepiku można kupić różne pamiątkowe gadżety z podobizną Stalina, raczej drogie.
Wnętrze domku, w którym wychował się Stalin

Oryginalne wyposażenie w domku Stalina

Przed domkiem Józefa Stalina

Sighnaghi

Jeden z mieszkańców Sighnaghi 

Wyplatanie dywanów z czego słynie Sighnaghi 

Na murach twierdzy w Sighnaghi
Widok z twierdzy na Sighnaghi i dolinę
Sighnaghi – miasto w Kachetii, na południowym wschodzie kraju, około 2 godziny drogi z Tbilisi. Na początek odwiedzamy usytuowany kilka kilometrów od osady klasztor Bodbe. Słynie on jako miejsce pochówku św. Nino, dziewczyny, która w IV w. przybyła z południa (czyli z ówczesnych prowincji państwa rzymskiego) i nawróciła Gruzję. Jej atrybutem jest krzyż uczyniony z gałęzi krzewów winorośli, jakże stosownie. Stosownie, bo Kachetia w ogólności, a Sinaghi w szczególności, słynie jako stolica gruzińskiego winiarstwa. W klasztorze zawsze tłok, trudno się dopchać do wykusza z relikwiami. Te niewygody wynagradza piękny widok na dolinę. Samo miasto raczej senne i niewielkie, pięknie jednak położone. Bardzo ładna starówka, nad którą górują pozostałości twierdzy. Widok jeszcze lepszy niż z klasztoru. Na małym, ulicznym targowisku kupujemy domowe wino. Uznajemy je jednak za gorsze od tamtego spod Jaskini Prometeusza. Być może zbytnio się odstało. Miejscowi, domowi winiarze, nie używają siarczanów do powstrzymywania fermentacji. Wino przechowują we wkopanych w ziemię dzbanach, co zapewnia chłód i spowalnia proces. Jednak po odlaniu do plastikowych butelek (zwykłe naczynie dla trunków przeznaczonych na handel) fermentacja rusza dalej i wino nieuchronnie kwaśnieje. Trzeba je szybko spijać, bez żadnej zwłoki! Dowiadujemy się tego wszystkiego podczas odwiedzin w jednej z licznych w okolicy winiarni, gdzie turyści mogą degustować rożne gatunki (oczywiście, za opłatą) i zaopatrzyć się w stosowne zapasy. W takich miejscach drogo sobie jednak liczą i wolimy targowiska. Gruzini są bardzo dumni ze swego wina oraz tego, że to oni ten trunek wynaleźli. Istotnie, na terenie obecnej Gruzji odkryto najstarsze, pochodzące sprzed 8 tys. lat ślady uprawy winnej latorośli oraz tłoczenia i fermentowania wina. Uważają, że cały świat im właśnie wino zawdzięcza. (Tylko czy przed ośmioma tysiącami lat mieszkali tu Gruzini czy choćby ich przodkowie? Kaukaz to prawdziwy tygiel ludów i narodów.). Są nadto przekonani, że wino gruzińskie jest najlepsze na świecie. Stosownie do tego windują ceny. A potem dziwią się, że nie zdołali dotąd podbić rynków Europy i świata. Jak już wspomniałem, za tyle, ile żądają, można spokojnie kupić wina uznanych marek francuskich czy włoskich. A własne marki gruzińskie podupadły w czasach ZSRR, gdy masowo produkowano pseudowino, mieszając spirytus z wodą oraz koncentratem soku z winogron. W Sowieckim Sojuzie i tak zbyt na ten produkt był nieograniczony. Teraz muszą solidnie popracować nad odbudową renomy. Chociaż przyznam, że wino w Gruzji nie jest złe, tylko nieadekwatnie drogie w stosunku do trunków uznanych marek (oczywiście, nie mam tu na myśli wina domowego). Stopniowo znajduje jednak zwolenników, także w Polsce. Co prawda, ja i tak wolę piwo. Druga specjalność Sighnaghi to wytwórstwo dywanów. Celują zwłaszcza w dywanach tkanych z jedwabiu. W jednym z warsztatów proponowano nam taki za 500 $, zielony, może półtora na pół metra. Chyba był autentyczny, bo to oficjalny warsztat nadzorowany przez państwo i wydający certyfikaty. Nie zdecydowaliśmy się... Ada bardzo później żałowała, bo taki dywanik pasowałby jej do sypialni a cena nie była wygórowana...
W jednej z przydrożnych winiarni dla turystów



Beczki z winem...
Oryginalna ściana z butelek wina w winiarni

Pomiędzy winoroślami
Degustacja wina

Mccheta


Mccheta. monastyr Dżwari.

Wnętrze monastyru Dżwari i krzyż św. Nino.

Widok z góryna zbieg Kury i Aragwy.

Z kataryniarzem...

Wnętrze katedry Sweti Cchoweli.
Mccheta – stara stolica Gruzji i jej religijne centrum. Miasteczko, obecnie niewielkie, usytuowane jest na północ od Tbilisi, przy malowniczym zbiegu rzek Kury i Aragwy. W pierwszej połowie IV to tutaj przybyła z Kapadocji św. Nino (według jednych jako sprzedana królowi niewolnica, według innych jako dobrowolna misjonarka, bratanica patriarchy Jerozolimy, która wyruszyła z misją po doznanym widzeniu Matki Boskiej). Początek misji nie wypadł najlepiej, przyszła święta trafiła bowiem na huczną, pogańską zabawę urządzoną przez dwór królewski na pobliskim wzgórzu. Oczywiście, suto zakrapianą winem. Gdy uczestnicy nie przerwali biesiady na jej wezwanie, rozpędziła ich nagła burza z piorunami, przyzwana przez św. Nino. Potem wszystko odbyło się bardziej konwencjonalnie. Święta zasłynęła jako posiadająca cudowną moc uzdrowicielka. W końcu uzdrowiła z poważnej choroby samą królowa Gruzji, Nanę, która przyjęła wiarę w Chrystusa i nakłaniała do tego również męża, króla Miriana III. Ten okazał się bardziej oporny i uwierzył dopiero wówczas, gdy zgubił drogę na polowaniu z powodu nastania nagłej ciemności. Pogańscy bożkowie nie potrafili mu pomóc i jasność powróciła dopiero po odwołaniu się do Chrystusa. W taki sposób Gruzja (wówczas Iberia) nawróciła się oficjalnie w 338 r., jako drugie państwo na świecie. Gruzini są z tego bardzo dumni, ich radość byłaby z pewnością jeszcze większa, gdyby na tej drodze nie wyprzedzili ich akurat Ormianie (301 r.), których ogólnie nie cierpią. Wszystko to wydarzyło się w Mcchecie, dopiero w VI w. król Wachtang IV przedłożył nad uroki krajobrazu starej stolicy termalne źródła Tbilisi. Mcheta pozostała jednak stolicą kościelną i duchową. Koniecznie należy wejść lub wjechać na wzgórze z monastyrem Dżwari. Usytuowane jest ponad zbiegiem wspomnianych rzek Kura i Aragwa, oferując bardzo malowniczy widok. To tutaj św. Nino miała rozpędzić pogańską biesiadę. W budynku kościoła ustawiono tzw. krzyż św. Nino. Ogólnie bardzo piękne i urokliwe miejsce, smagane jednak często silnymi wiatrami. Właściwe miasto rozłożyło się po przeciwnej stronie rzeki. Najważniejszy obiekt to katedra Sweti Cchoweli. Obecny gmach pochodzi z XI w., starsze świątynie wznoszono w tym miejscu już od IV w. Nazwa, którą można przetłumaczyć jako Życiodajny Słup, nawiązuje do legendy o szacie Chrystusa. Po ukrzyżowaniu miał ją odkupić od rzymskich legionistów jeden z członków żydowskiej społeczności w Mcchecie (zamieszkałej jakoby w mieście już od czasów niewoli babilońskiej w VI w. p. n. e.), niejaki Eliasz. Wedle legendy udał się on do Jerozolimy gdy usłyszał o cudach Jezusa, ale zdążył już tylko na samo ukrzyżowanie. Cudowną szatę, wykonaną bez jednego szwu, zabrał do Mcchety i podarował swojej siostrze, Sydonii. Ta po śmierci została w niej pochowana, na grobie wyrosło drzewo, wydzielające niezwykły zapach. Król Mirian zamierzał po nawróceniu wznieść w tym miejscu kościół, ale drzewa nie dawało się ściąć i udało się to zrobić dopiero po modlitwie św. Nino. Z pnia wykonano siedem słupów, podpierających drewnianą konstrukcję. Jeden z nich, siódmy, ożył i uleciał do nieba. Powrócił po kolejnej modlitwie świętej. Miał odtąd moc uzdrawiania, a w średniowieczu wypływała jakoby z niego mirra. To najcudowniejsze i najbardziej adorowane miejsce w świątyni. Katedra ma olbrzymie znaczenie historyczne i uczuciowe dla Gruzinów, jako centrum ich świadomości religijnej oraz narodowej – to także miejsce koronacji królów Gruzji (do czasu aneksji przez Rosję w 1801 r.) oraz pochówku wielu z nich. W Mcchecie warto jeszcze zwiedzić klasztor Samtawro, usytuowany w centrum miasteczka. Znajduje się tam najstarszy kościół w Gruzji (oczywiście, pod wezwaniem św. Nino), wzniesiony w IV w. To obecnie niewielki budynek obok głównego gmachu monastyru, pochodzącego z XI w.

Kutaisi




Jaskinia Prometeusza

Inne ujęcie jaskini


Jaskinia Prometeuszazostała odkryta w 1984 roku, a udostępniona dla turystów w 2011 roku.

Jaskinia Prometeusza położona  zaledwie 20 km od miasta Kutaisi.

Podczas przejażdżki łódką w Jaskini Prometeusza.

Przepływaliśmy pod takim oto niziutkim łukiem (stąd kask na poprzednim zdjęciu).

W Kanionie Okatse.

Krążąc po schodach nad przepaściami.

Trasa wiedzie mostkami, rozwieszonymi wprost nad przepaścią. 
Wrażenia są naprawdę niesamowite.

Na wysuniętym jęzorze kładki...

Katedra Bagrati

Wnętrze katedry


Przed dzwonnicą katedry

Przed wejściem do katedry Bagrati

Średniowieczny monastyr Gelati.


Przed grobem króla Dawida IV Budowniczego, płyta na posadzce w bramie.
Król Dawid Budowniczy na jednym z fresków
Wnętrze monastyru Gelati.
Nowoczesny gmach parlamentu w Kutaisi
Kutaisi – miasto w głębi kraju, przy drodze z wybrzeża do Tbilisi. Utożsamia się je ze starożytną stolicą Kolchidy. To tutaj przybyć miał Jazon w poszukiwaniu Złotego Runa, wpływając w górę rzeki Rioni. To tutaj rozegrały się też jakoby opisane w mitach wydarzenia, to tutaj grecki bohater zdobył miłość królewskiej córki Medei, która zdradziła ojczyznę, zabiła brata oraz dopomogła kochankowi w kradzieży cennego łupu. Na dłuższą metę żadnemu z nich nie przyniosło to zresztą szczęścia. O micie przypomina okazała fontanna przy centralnym placu miasta. Jeśli chodzi o dzieje mniej mityczne, to Kutaisi słynie z ukończonej w 1003 r. katedry, zwanej od imienia swego fundatora katedrą Bagrati. Uważa się ją za arcydzieło architektury i skarbnicę średniowiecznej sztuki gruzińskiej. Okazała i robiąca istotnie wrażenie budowla jest obecnie częściowa ruiną, poddawaną renowacji. Z tym są pewne problemy. Prace finansowało UNESCO, ale tymczasem zawiesiło dopływ kolejnych funduszy. Powód? Patriarcha polecił dla własnej wygody dobudować do bocznej ściany katedry zupełnie współczesny szyb windy! Rozumiem, że to starszy człowiek i może mieć problemy z pokonaniem schodów prowadzących np. na chór. Ale mógłby przecież zatrudnić jakichś akolitów w charakterze nosicieli lektyki czy czegoś w tym rodzaju. Byliby zaszczyceni i wszystko pozostałoby w jak najlepszym porządku. Ale nie, dostojnik Kościoła wie lepiej i nikt nie będzie mu się wtrącał, a zwłaszcza jakieś UNESCO! Co z tego, że dają pieniądze? Powinni się cieszyć, że raczymy je przyjmować. I tak winda pozostała, a prace ugrzęzły z braku funduszy. Pozostaje czekać, aż problem rozwiąże się sam. To w zasadzie jedyne godne uwagi miejsca w całym Kutaisi. No, może jeszcze aleja palmowa – szeroka ulica obsadzona palmami. Wedle współczesnej legendy prezydent Saakaszwili (postać, jak widać, bardzo barwna) dostał je w prezencie od pewnego arabskiego szejka podczas suto zakrapianego przyjęcia w trakcie międzynarodowej konferencji. Szejk słowa dotrzymał i przysłał odrzutowiec z dwoma tysiącami sporych rozmiarów sadzonek. Nie bardzo wiedząc (po wytrzeźwieniu zapewne) co z tym podarunkiem zrobić, prezydent kazał obsadzić palmami wspomnianą aleję w Kutaisi. W mieście usytuowano jeszcze nowy budynek parlamentu. Miało to służyć rozwojowi innych ośrodków poza Tbilisi i Batumi. Gmach, bardzo nowoczesny, stoi teraz na ogół pusty i niszczeje, sesje parlamentu odbywają się w nim rzadko. Dużo ciekawsze są okolice Kutaisi. Na przedmieściach znajduje się średniowieczny monastyr Gelati. Pochodzi z XII w., ufundował go król Dawid IV Budowniczy, jeden z wybitnych władców gruzińskich. Był wielkim koneserem wina i założył w klasztorze specjalną szkołę dla kształcenia winiarzy. Wedle tradycji, egzaminy przeprowadzał w wielkiej sali osobiście, kosztując trunku sporządzonego przez kandydata. Jeżeli król wypił cały kielich, egzamin uznawano za zdany, jeżeli natomiast wylał zawartość naczynia na klepisko, egzamin był oblany! Dawida pochowano w klasztorze, w głównej bramie wejściowej, aby wszyscy deptali po grobie dawnego władcy. W tymże klasztorze ma też jakoby spoczywać królowa Tamara, najsławniejsza i największa władczyni Gruzji. Dokładne miejsce jej pochówku nie jest jednak znane, możliwe zresztą, że tradycja o Gelati to w tym wypadku tylko legenda. Kolejna atrakcja w pobliżu Kutaisi to tzw. Jaskinia Prometeusza. Istotnie, robi wrażenie dzięki swym wielobarwnym i pięknie podświetlonym utworom skalnym. Warto wykupić droższą wersję zwiedzania, uwzględniającą przejażdżkę łodzią po podziemnym jeziorku. Na parkingu przed jaskinią miejscowi często sprzedają własnego wyrobu wino. To, które kupiliśmy, okazało się znakomite. Nasz winiarz z pewnością zdałby królewski egzamin. Wyglądał zresztą na takiego, który z upodobaniem kosztuje własnego produktu. To często najlepsza rekomendacja! I wreszcie największa bodaj atrakcja krajoznawcza Gruzji, wąwóz Okatse, ok. 50 km. na północny-zachód od Kutaisi. Dojazd jest tam bardzo utrudniony (2015 r.), w zasadzie pozostaje taksówka. Na miejscu warto jeszcze skorzystać z usług miejscowych „wozów terenowych”, czyli zwyczajnych samochodów osobowych podstawianych przez okolicznych mieszkańców. Te dwa kilometry od parkingu do krawędzi wąwozu można w zasadzie pokonać pieszo, ale przejazd sam w sobie jest atrakcją dorównującą przeżyciom przy zwiedzaniu kanionu. Żaden kierowca przy zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się na jazdę po tak kamienistym, pełnym wybojów i solidnych nachyleń szlaku (bo trudno nazwać to drogą), ale miejscowi oraz ich pojazdy dają radę! Podróż dla osób o silniejszych nerwach! Wąwóz Okatse też powinni zwiedzać turyści raczej bez leku wysokości (ja takowy mam ale zwalczam go bojem, tym razem okazało się to naprawdę wyzwaniem). To skalna rozpadlina, szeroka na kilkaset metrów i na tyleż głęboka. Pionowe ściany i niewidoczne w zasadzie dno pokrywa gęsta roślinność. Wąwóz zwiedzamy od góry, maszerując po zawieszonej wzdłuż jednej z krawędzi kładce. Niby nowoczesna, solidna, z wysokimi barierkami. Ale gdy kołysze się lekko pod stopami, gdy spoglądamy w dół przez kratownicę chodnika... A zwłaszcza, gdy na samym końcu wychodzimy na wysunięty kilkadziesiąt metrów w głąb wąwozu jęzor kładki, który teraz kolebie się całkiem wyraźnie... Wielu rezygnuje i chyba nawet ich rozumiem. To miejsce koniecznie trzeba zobaczyć! Na koniec jeszcze wspomnienie osobiste. Nocowaliśmy w prywatnym ni to hotelu, ni to kwaterze. Właściciel okazał się bardzo przyjaźnie nastawiony, przy obiedzie sam przyniósł i nalewał domowe wino. Zagadywał na różne sposoby, wyraźnie szukał towarzystwa do dzbana i butelki. Nie mogliśmy okazać się gorsi i podjęliśmy wyzwanie, stawiając różne domowe nalewki, które przezornie zabraliśmy z Polski. Pola nie oddaliśmy, ale poranek następnego dnia był trudny...
Impreza u gościnnego Gruzina


Gruzińskie wino leje się strumieniami.

Przy wyjątkowych okazjach w Gruzji popija się z rogu.



Batumi

Batumi. Uniwersytet na Placu Cudów
Podczas spaceru po promenadzie

Plac Cudów nocą
Jeden z symboli Batumi Ali i Nino.

Na promenadzie w Batumi

Na tle koła widokowego. Nadaje mi ono "nieco" łagodności :D

Klomby kwiatów na Placu Europejskim

Plac Europejski. Jedna z wypożyczalni rowerów tuż przy pomniku Medei

Zachód słońca w Batumi

O zachodzie słońca.

Tańczące fontanny w Batumi
Panorama Batumi z górnej stacji kolejki "Argo"

Koncert przy górnej stacji kolejki "Argo"
Przy tańczących postaciach Ali i Nino.
Batumi – główny, nadmorski kurort Gruzji. Jak to w kurorcie, promenady, parki, hotele, tańczące fontanny, specjalna atrakcja to delfinarium. Można popływać z delfinami, ale to sporo kosztuje i trzeba rezerwować tę przyjemność z dużym wyprzedzeniem. Dla wszystkich dostępny jest natomiast tzw. Plac Cudów, nadmorski kwartał z szeregiem dziwacznych, utrzymanych w supernowoczesnym stylu wysokościowców, epatujących niezwykłymi kształtami. Wybudowano to wszystko z inicjatywy prezydenta Michaiła Saakaszwilego, który był autorem wielu oryginalnych pomysłów na promowanie kraju. W budynkach umieszczono różne instytucje publiczne, np. wydziały politechniki i uniwersytetu. Gruzini uważają jednak ich wzniesienie za niepotrzebną rozrzutność, zresztą obecnie poszczególne piętra oraz piony i tak są często zamknięte, stoją puste wobec zbyt wysokich kosztów eksploatacji. Tym niemniej, zwłaszcza z pewnej perspektywy, w nocy, robią wrażenie. Tuż obok dwa symbole miasta: nowoczesna, ale mająca swój urok podwójna statua przedstawiająca zakochaną parę. On i ona wirują w takt muzyki, konstrukcja jest tak pomyślana, że figury przenikają się w tym tańcu, tworząc różne układy szukających uścisku dziewczyny i chłopaka. Dla mniej romantycznie nastrojonych tzw. Fontanna Czaczy. Czacza to miejscowy trunek, winiak z wytłoczyn winogronowych, zwykle paskudny bimber powodujący jeszcze bardziej okropnego kaca. Ta fontanna to kolejny pomysł prezydenta Saakaszwilego: po otwarciu w 2012 r. raz w tygodniu, przez kwadrans, tryskała z niej zamiast wody czacza właśnie! Przyciągało to, rzecz jasna, tłumy, w tym wielu spragnionych. Podczas naszej wizyty trunek w fontannie należał już do przeszłości, podobno coś się zepsuło. Ale i tak turyści licznie ściągają w to miejsce... Nadzieja, jak wiadomo, umiera ostatnia... Panoramę miasta najlepiej podziwiać z koła widokowego, również usytuowanego przy Placu Cudów. Jest naprawdę wysokie i warto odbyć wieczorną przejażdżkę. Czasu wystarczy akurat w sam raz na spokojne opróżnienie piwa. Takie koła spotyka się w wielu miastach Gruzji, ślad po dawnych atrakcjach radzieckich. Inny sposób to wjazd nowoczesną kolejką linową nazwaną „Argo” na pobliskie wzgórze Anuria (dolna stacja, a jakże, przy Placu Cudów, tuż nad morzem). Już sam przejazd jest ciekawy, trasa wiedzie bowiem w większości ponad dachami domów. Na wzgórzu punkt widokowy, kawiarnia, restauracja, miejsce występów artystycznych. Najlepiej wjechać wieczorem, czynne do późnej nocy. Tylko „kolejki do kolejki” wtedy największe. Nie warto natomiast wyruszać na wycieczkę morską po okolicy. Wybrzeże w Batumi i najbliższym sąsiedztwie nie prezentuje się szczególnie okazale (może teraz tak piszę, po niedawnym ujrzeniu norweskich fiordów). Lepiej odbyć spacer ciągnącą się wzdłuż brzegu promenadą. Można też wziąć rower. Już w nowszej, bardziej odległej od Placu Cudów części usytuowano przy nabrzeżu luksusowe hotele, stylizowane na różne słynne i charakterystyczne budynki: a to koloseum, a to egipska świątynia. W tej części promenady piwo w knajpach raczej drogie. Polscy turyści ciągną w jeszcze jedno miejsce, na Rondo Marii i Lecha Kaczyńskich.
Rondo Marii i Lecha Kaczyńskich w Batumi.
Tak nazwano któreś z rozwiązań komunikacyjnych w nowej części miasta, w kierunku na lotnisko. W sumie nic specjalnego, rondo jak rondo, ale Polacy lubią zrobić sobie zdjęcie przy tabliczce z nazwą (trzeba, „przeskoczyć” na środek, wbrew przepisom, oczywiście, ale tu nikogo to nie dziwi). Batumi usytuowane jest w malowniczym, nadmorskim i górzystym rejonie kraju zwanym Adżarią. Warto wybrać się na wycieczkę po okolicy. W niewielkiej odległości na południe od miasta, też na wybrzeżu, trafimy na ruiny dawnej twierdzy rzymskiej i bizantyjskiej Gonio. Warto tam wejść, na miejscu, w sezonie letnim pracuje w fortecy polska ekspedycja archeologiczna, której członkowie chętnie służą informacjami. Dalej, na południe, ciekawe przejście graniczne z Turcją w Sarpi. Budynek ma kształt klucza. To jeszcze jeden pomysł prezydenta Saakaszwilego, mający tym razem symbolizować łączność pomiędzy Europą i Azją (co ciekawe, z czysto geograficznego punktu widzenia niemal cała Gruzja leży w Azji). Nieco w głębi lądu trafiamy na malownicze góry, jak niemal wszędzie tutaj, wśród których należy odwiedzić wodospad Makhuntseti (tutaj możliwa mała kąpiel, zapewniająca jakoby wieczną młodość, obok sprzedają różne rodzaje specyficznych miodów gruzińskich, smaki naprawdę ciekawe) oraz średniowieczny, kamienny tzw. most Dandalo, bardziej znany jako Most Królowej Tamary (słynnej władczyni gruzińskiej z przełomu XII/XIII w., za panowania której kraj osiągnął szczyt potęgi i rozkwitu). Zbudowano go ponad tysiąc lat temu, ale nadal służy mieszkańcom. O ile wycieczka w okolice Batumi jest godna polecenia, to plażowanie i odpoczynek w tym kurorcie oraz w sąsiednich miejscowościach raczej odradzamy. Plaże wszędzie kamieniste i mało przyjazne, hotele albo bardzo luksusowe i kosztowne, albo raczej kiepskie i siermiężne. Do tych pierwszych ciągną goście z krajów arabskich (niedaleko, a w tym chrześcijańskim kraju Allach niedowidzi, co pozwala na swobodne korzystanie z różnych, zabronionych jego wyznawcom przyjemności), drugie zapełniają przybysze z Rosji (też dawnych wspomnień czar oraz łatwość dojazdu koleją czy samochodem). Jedni i drudzy windują ceny, a Rosjanie jeszcze dodatkowo robią tłok. W sumie, Batumi to dobry cel na dwu - , góra trzydniowy pobyt, połączony ze zwiedzaniem miasta i okolicy. Na dłużej nie warto się tam zatrzymywać. I jeszcze na zakończenie teledysk Filipinek z 1963 roku kliknij tutaj
Przed twierdzą Gonio jako rycerz :D


Współpraca gruzińsko - polska kwitnie...

Polscy archeolodzy przy pracy - odkrywają mozaiki.

W murach twierdzy

Na jednej z wież w Gonio.

Na murach twierdzy Gonio

Nad wodospadem Makhuntseti.

Na moście królowej Tamary.