środa, 16 sierpnia 2017

Santoryn

Santorini. To tutaj zmierzamy.
A na horyzoncie kaldera Santorynu
Niczym w filmie Titanic....
Białe domki niczym śnieg lśnią na wulkanicznych zboczach
Widoki zachwycają. Tutaj widok na  wyspę Thirasia.
Widok na przystań na Nea Kameni. Zaraz śruba odmówi posłuszeństwa...
Santoryn to nazwa zarazem małego archipelagu jak i głównej jego wyspy (zwanej też Tera lub Thira) na Morzu Egejskim. Obecny kształt okolica ta przybrała po wielkim wybuchu wulkanu przed około 3500 lat, który dosłownie wysadził w powietrze istniejącą tu poprzednio dużą wyspę zwaną jakoby Strongli (okrągła). Na jej miejscu powstała głęboka kaldera wulkaniczna o stromych brzegach, zalana przez morze.
Inne ujęcie kaldery
Należy ona do największych tego rodzaju obiektów na świecie, ma ok. 10 km. średnicy. Jej zarys wyznaczają obecnie ocalałe, położone na obrzeżu fragmenty dawnej Strongli. To dwie większe, zamieszkałe wyspy archipelagu: Santoryn (Thera) oraz Thirasia. Do tego dochodzi kilka mniejszych i większych skał wystających z morza oraz dwie niedawno powstałe (czyli w ciągu ostatnich kilkuset lat) wysepki wulkaniczne w centrum kaldery: Palea Kameni i Nea Kameni (czyli Stary i Nowy Wypał). Nadal trwa na nich aktywność wulkaniczna i są celem wycieczek. Ponieważ przed katastrofą sprzed tysięcy lat wyspa Strongli stanowiła ważny ośrodek tzw. kultury minojskiej (z centrum na Krecie) wybuch wulkanu i będącą jego skutkiem falę tsunami wiązano z upadkiem tejże kultury, a nawet z mitem o Atlantydzie. Niektórzy próbowali tłumaczyć tymi wypadkami także rozstąpienie się morza podczas ucieczki Izraelitów oraz zatopienie armii faraona (to już dużo mniej prawdopodobne). Obecnie Santoryn i jego kaldera to najbardziej efektowne i malownicze wyspy Morza Egejskiego, oferujące jedne z najciekawszych widoków na świecie. Zwłaszcza, gdy w promieniach słońca lśni błękitne morze, skontrastowane z czernią wulkanicznych skał. A do tego biało-błękitne domki miasteczek usytuowanych na stromej, wewnętrznej krawędzi Thery, które z daleka przypominają śnieg. Naprawdę, jest co podziwiać. Uznaliśmy Santoryn za najatrakcyjniejszy cel całego rejsu i w dużym stopniu z tego względu wzięliśmy w nim udział. Wyruszywszy rankiem z Ios zbliżaliśmy się do północnego wejścia do kaldery około południa, snując różne plany obejrzenia i zwiedzenia wszystkich atrakcji archipelagu: obydwa „Wypały”, na jednym aktywny krater wulkanu, na drugim termalne źródła, Thera z jej uroczymi, „pocztówkowymi” miasteczkami Oia i Fira (Thira), usytuowane w Firze słynne schody prowadzące z górnej krawędzi kaldery na brzeg morza, po których ludzi i towary przewożą osiołki, a do tego jeszcze rejs po kalderze, stanowiska archeologicznej kultury minojskiej na Therze... Jest co zwiedzać, ale czas nagli. Kapitan, po naradzie z admirałem, oznajmia, że nadchodzi okres złej, sztormowej pogody. Na Kretę na pewno już nie zdążymy, na Santorynie spędzimy jedną noc i wracamy na północ, w kierunku Aten. Wewnątrz kaldery brak zresztą portów, morze zbyt głębokie, aby kotwiczyć, a boje postojowe trzeba opłacić i rezerwować z dużym wyprzedzeniem. To przecież mekka turystów!
Lekko zawiedzeni, pospiesznie układamy plany, jak najlepiej to jedno, ofiarowane nam popołudnie wykorzystać! Kapitan okazuje się otwarty na propozycje i zgadza się przybić na początek do przystani na Nea Kameni, skąd możemy odbyć spacer do dymiącego z lekka krateru. Zadanie okazuje się trudne, molo niewielkie, cumują przy nim w kilku liniach burta w burtę liczne stateczki wycieczkowe, dookoła ostre skały. Podchodzimy ostrożnie na silniku i wtedy...
- Nie mamy szybkości, straciliśmy ciąg. Jacht nie słucha steru! Ale przecież silnik chodzi! - naradzają się kapitan z admirałem.
Holownik już płynie
Na holu...kapitan na posterunku...
...a bosman buchtuje liny.
Mirek skacze do wody, nurkuje. Po chwili wszystko jasne. Awaria, śruba nie pracuje. Widocznie była źle zamocowana, wisi tylko na wale napędowym, ale nie pracuje! Na silniku na pewno już nie pójdziemy. I to wszystko w odległości 100 m. od przystani, w zatłoczonej zatoczce, otoczonej skałami. Zaczyna nas znosić. Na szczęście kapitan nie traci głowy, działa jeszcze sterowanie strumieniowe (boczne dysze, wspomagające zwykle manewrowanie), wykręcamy. Mirek rozkazuje postawić żagle. Sprzyja nam niezbyt silny, ale korzystny wiatr, który wynosi nas z zatoczki i pozwala wyjść na szerokie wody kaldery. Płyniemy teraz jak za dawnych czasów, tylko na żaglach, bez silnika. Kapitan z admirałem pospiesznie kontaktują się z armatorem jachtu, pomaga w tym jedna z załogantek, Aśka, która najlepiej ze wszystkich mówi po angielsku. Tak, wyślemy nurka z nową śrubą. Ale musicie przybić do jakiegoś portu na zewnątrz kaldery. Wewnątrz wszędzie jest za głęboko, nurek nie będzie pracował nad dnem głębszym niż 30 m. W razie zgubienia śruby lub narzędzi nie zdołałby już ich odzyskać, a to cenny sprzęt, zwłaszcza śruba. Czyli trzeba wyjść na żaglach z kaldery i dotrzeć do jakiegoś portu na zewnętrznej krawędzi Thery. Wybór pada na marinę w miejscowości Vlychada na południowym wybrzeżu. Problemem jest skomplikowany oraz płytki, pełen mielizn tor wejściowy. W dodatku wiatr nie sprzyja. Potrzeba holownika. Mirek oraz Aśka wydzwaniają na numer kapitanatu, oczywiście, nikt nie odbiera. Jest piękne, sobotnie popołudnie i przebywany w Grecji! Ostatecznie wpadają na pomysł, by zadzwonić na lokalny posterunek policji. Za pośrednictwem policjantów zamawiają kuter rybacki, który za 100 euro zaholuje nas do portu. Mamy się spotkać u wejścia do mariny. Kapitan i admirał łudzą się jeszcze, że obiecany nurek przypłynie porannym promem z Aten. Oczywiście, musiałby zebrać się natychmiast, pobrać sprzęt i zdążyć na wieczorne wyjście w morze. A przecież to Grecja, sobotnie popołudnie. Mrzonki, jak poszeptujemy cicho za plecami kapitana (niech nam to wybaczy). Okaże się, że mieliśmy rację. Tymczasem rozkoszujemy się leniwą żeglugą po najpiękniejszej kalderze świata, przy lekkim wietrze i wspaniałym słońcu. Popijamy lekkie wino, przegryzamy oliwkami, serem i winogronami. Wynajęcie łódki na taki rejs to 100 euro od osoby. Mamy więc niespodziewaną atrakcję. Pomimo niepokoju Mirka, rybacy zjawiają się na czas. Perspektywa zarobku „pod stołem” (bo faktury, jak przez chwilę liczono, jednak nie dadzą) podziałała nawet w sobotnie popołudnie! Do portu też wchodzimy szczęśliwie, tylko raz czy dwa szorując kilem po piachu – wejście jest istotnie płytkie. Zjawia się za to policja, która poczuwa się widocznie do tego obowiązku, skoro została już zaangażowana w sprawę. Mirek odbywa z mundurowymi dłuższą dyskusję, zabierają do przeglądu dziennik pokładowy, właściwie nie wiadomo dlaczego. Ponieważ następnego dnia wypada niedziela, perspektywa szybkiego wyjścia w morze oddala się coraz bardziej. Marina bardzo kiepska, oczywiście brak pryszniców, WC w fatalnym stanie higienicznym. Rezygnujemy z tych wątpliwych rozkoszy i w zapadających ciemnościach ruszamy kamiennymi stopniami w górę stromego stoku wznoszącego się na wybrzeżu. Tam trafiamy do tawerny: Tawern Dmitris Vilchada.
Tawerna Dmitris Vilchada.
To znakomity lokal, prowadzony przez samego właściciela. Wybieramy różne potrawy tradycyjnej kuchni greckiej (ryby, owoce morza, ale też baranina), wszystkie smaczne, wszystkie niespecjalnie drogie, bardzo dobre wino. Gospodarz niezwykle sympatyczny. Już po sezonie, klientów niewielu, ale wszystko dostępne. Można z czystym sumieniem polecić to miejsce! Jak się okaże, wrócimy tam jeszcze, pomimo nadziei kapitana na szybką naprawę śruby. W drodze powrotnej sprawdzamy jeszcze rozkład jazdy lokalnego autobusu. Dobra nasza, pomimo niedzieli są aż cztery autobusy do Firy. W tym jeden o 7.30, dla naszych potrzeb idealny! Postanawiamy bowiem zwiedzić wyspę, zejść po schodach w Firze, popłynąć z wycieczką na ten wulkaniczny krater, może pojechać do Oii i ogólnie, zobaczyć co tylko zdołamy. Kapitan daje warunkowe zezwolenie, o ile pojawi się nurek to przekaże nowe rozkazy telefonicznie i wtedy nasza głowa, żeby wracać jak najszybciej. W tego niedzielnego nurka to za bardzo nie wierzymy, więc przyjmujemy polecenia Mirka bez szemrania.

Osły na "gównianej" drodze

Pomiędzy osłami

Uwaga! Osły tratują!
Cała droga dla osłów
Widok z góry na ośle schody
Rano główny problem to wczesna pobudka i śniadanie, ale jesteśmy na czas. Ekipa pięciu chętnych na zwiedzanie. My, owszem, jesteśmy, ale autobus już nie. Nasza tajemna radość, że Grecy to żadni pracoholicy i w niedzielę się nie wysilają, tym razem obraca się przeciwko nam. Autobus po prostu nie pojawił się i tyle. Zresztą, poza nami nikt inny na niego nie czekał, widocznie wszyscy wiedzą, że ten kurs jeździ tylko na papierze. Po naradzie, postanawiamy ruszyć pieszo. Do głównej drogi, którą może pojedzie jakiś inny autobus, mamy ok. 5 km. Spróbujemy też zatrzymać stopa, w końcu raz na 10 min. coś przejeżdża, a wśród nas mamy aż trzy przedstawicielki płci pięknej! I rzeczywiście, po może 30 minutach i 3 kilometrach ktoś staje. Są tylko dwa wolne miejsca. Aśka z koleżanką wybierają się na zwiedzanie stanowiska archeologicznego w Akrotiri, odkryto tam jedne z najbardziej znanych fresków z okresu kultury minojskiej. Ponieważ my mamy inne cele, zostajemy. Przyłącza się do nas Adam, też zainteresowany wulkanem. Struktura wycieczki wynosi obecnie 2:1 na niekorzyść dziewczyn, nasze szanse na stopa zdecydowanie więc maleją. Docieramy pieszo do głównej drogi, żadnego autobusu i tak nie widać, ale trafia się taksówka. 15 euro za szybki dojazd do Firy. Decydujemy się równie szybko i po 15 minutach jesteśmy na miejscu. Fira (stolica wyspy) to jedno z „pocztówkowych” miasteczek, zwłaszcza jego część wysunięta na wewnętrzny stok kaldery, zwana Kato Thira. Widok piękny, nadal mamy słoneczną pogodę, sztorm gdzieś tam się dopiero zbiera. Na wodzie ożywiony ruch, od ogromnego statku wycieczkowego stojącego w kalderze odbijają liczne łodzie rozwożące turystów. Odnajdujemy schody prowadzące w dół stoku. Istotnie, kręte i strome, ponad 400 szerokich stopni, dostępnych dla osłów. Obok kolejka linowa (5 euro), ale oczywiście wybieramy schody, przynajmniej idąc w dół. Na skorzystanie z osła jednak się nie decydujemy, widząc jakie jest nachylenie tej trasy. Wkrótce okazuje się, że słynne schody Firy nie przypadkiem zasłużyły na nieoficjalną nazwę „gównianych”. Osły, jak to osły, skoro nie zaopatrzono ich w podogonia, załatwiają swoje obydwie potrzeby w miejscu pracy, czyli najczęściej na stopniach właśnie. A ponieważ pracuje ich tam ponad setka, łatwo wyobrazić sobie skutki. Co jakiś czas Grecy oblewają schody wodą z węży, ale to pogarsza tylko sytuację. W dół spływa bowiem teraz całą szerokością dość specyficzny strumień. Uniknąć go nie sposób. A tu trzeba jeszcze uskakiwać przed kolejnymi tabunami powiązanych osłów, przeganianymi w dół, gdzie czekają na tych turystów z wycieczkowca. Postanawiamy, że powrotną drogę z pewnością odbędziemy kolejką!
Zdjęcie podczas fotografowania
Widoki z wysokich brzegów Tery na kalderę

A w dole statki wycieczkowe 
Obserwując kalderę


Zmieniamy naszego poczciwego Parysa na taką oto turystyczną łódkę...
Już na pokładzie
Tym razem udało się wyokrętować na  Nea Kameni bez najmniejszych problemów

Wulkaniczny krajobraz Nea Kameni

Widok z  Nea Kameni na Terę

Wyżej się już nie dało...
Palea Kamieni i jej ciepłe źródła


Powrót na łódkę z Palea Kamieni
Po takich przeżyciach trzeba przepłukać zasolone wargi piwem
Ostatni rzut oka na Palea Kamieni...wracamy....
Na przystani kupujemy bilety na trzygodzinną wycieczkę obejmującą rejs po kalderze, wizytę na kraterze wulkanu (Nea Kameni) oraz w gorących źródłach (Palea Kameni). Kosztuje to 50 euro od osoby, statek odbija o 11.00. Warto skorzystać. Co prawda, widoki (wspaniałe) nie są już dla nas nowością, skoro na wodach kaldery spędziliśmy cały poprzedni dzień, ale odwiedziny na wulkanie owszem. Dostajemy na to około godziny. Należy podejść niezbyt stromą ścieżką wśród zwałów żużla, potem trafiamy na serię kraterów. Tu i tam spośród skał wydobywa się dym. Po postawieniu w takim miejscu stopy czuć ciepło przez podeszwę. Ostatnia, otwarta erupcja (niewielka zresztą), miała tu miejsce przed 60 laty. Całość nie robi może takiego wrażenia jak wizyta na Etnie czy Stromboli, ale wycieczka interesująca. Teraz gorące źródła przy brzegu Palea Kameni. Okazuje się, ze trzeba do nich dopłynąć wpław, z pokładu statku. Z wiatrem idzie to bez większego problemu. Same źródła niczym specjalnym nie zachwycają, prawdę powiedziawszy. Ot, woda o kilkanaście stopni cieplejsza od tej w kalderze i czerwonawe błoto. Powrót nastręcza pewnych trudności i nie obywa się w moim przypadku bez użycia koła oraz wsparcia Ady, znakomitej pływaczki. Ale wszystko kończy się dobrze i po powrocie raczymy się piwem na pokładzie.
Kolejka wywożąca na wysoki brzeg Thery
Widoczna radość, że nie trzeba już wracać oślimi schodami...

...na wysoki brzeg Thery
Wracamy do Firy o 14. Co dalej? Rozmowa telefoniczna z Mirkiem upewnia nas, że o nurku nic nie wiadomo. Kapitan staje się coraz bardziej niespokojny. Podobno prom się spóźnił, zapewniamy, że ani w kalderze, ani na horyzoncie żadnego promu nie widać. Czy zresztą wyczekiwany niczym Mesjasz nurek płynie na jego pokładzie? To chyba tylko sami bogowie (olimpijscy) wiedzą. Uzyskujemy pozwolenie na wyjazd autobusem do Oii. Komunikacja bardzo dobra, autobusy jeżdżą co pół godziny, przejazd zajmuje ok. 20 – 30 min.. Oia to kolejne miasteczko „pocztówkowe” - nawet bardziej malownicze od Firy, położone na północnym, wyższym jeszcze cyplu Thery. Powyżej cieśniny stanowiącej północne wejście do kaldery. To tutaj znajduje się wysunięty na krawędź klifu charakterystyczny kościółek z dzwonnicą, najczęściej chyba fotografowany widok na greckich wyspach. Zwiedzamy leniwie to piękne miejsce w promieniach październikowego słońca.
Pocztówkowe widoki w Oii

Podczas spaceru nad brzegiem urwiska

Mimo października kwiaty kwitną... 

Typowy widok dzwonnic na tle kaldery

Bardziej klasycznego widoku Santorynu chyba nie kojarze...

Choć te dzwonnice są chyba tak samo popularne.
I wtedy widzimy prom z Aten, wchodzący do kaldery. Zaniepokojeni, zgodnie z otrzymanymi rozkazami zawiadamiamy natychmiast kapitana. Dysponując bieżącymi meldunkami z wysuniętego punktu obserwacyjnego w Oii, Mirek bezskutecznie usiłuje nawiązać kontakt z nurkiem czy też armatorem jachtu. Nikt nie odbiera telefonów. Prom majestatycznie przemierza kalderę i cumuje w Athinos, jedynej na Therze większej przystani wewnątrz tego akwenu, połączonej z resztą wyspy krętą, stromą drogą dostępną dla ruchu kołowego (ani Fira ani Oia nie posiadają takich udogodnień). Meldujemy o tym dowództwu. Dowiadujemy się od zirytowanego nieco kapitana, że nurek nie przybył. Dostajemy pozwolenie zjedzenia obiadu oraz pozostania w Firze celem obejrzenia panoramy kaldery o zachodzie słońca. Korzystamy skwapliwie. To znaczy, z obiadem pojawia się pewien problem. Ceny w restauracjach Oii posiadających taras z widokiem na kalderę są kosmiczne (dopiero Norwedzy zdołali je pobić), zupełnie nie greckie. I w dodatku porcje niewielkie. Przybytki te świecą zresztą pustkami, co uznajemy za zły znak. W końcu jemy coś w knajpie bez widoku. Też nic specjalnego. Może należało jednak zostać w tych pierwszych? Wtedy przynajmniej wzrok miałby zapewnione wrażenia estetyczne, jeżeli już nie zmysł smaku!
Zachód słońca nad kalderą.

Na tle zachodzącego słońca.

Podczas kontemplowania zachodu słońca z kieliszkiem wina w ręce.
Wracamy do Firy na zachód słońca. Mają tu długą promenadę wzdłuż krawędzi kaldery, widoki wspaniałe, ale ławki nader nieliczne. No tak, turyści chętni do oglądania zachodu słońca powinni czynić to przy stoliku jednej z licznych knajpek – ich minusy identyczne jak w Oii. W dodatku wina też mocno przedrożone, nawet te domowej roboty, zwykle najtańsze i najlepsze. W końcu cudem jakimś dopadamy jednej z nielicznych ławek. Zajmowała ją już od dawna matka z małym dzieckiem, ale latorośli znudziło się oczekiwanie na wciąż nie nadchodzący zachód słońca i wyrażała swoją dezaprobatę coraz głośniejszym wrzaskiem. Ostatecznie rodzicielka musiała skapitulować i opuścić okupowaną pozycję. Teraz my zamieniamy się w okupantów (Grecja miała ich w swoich dziejach więcej nawet niż Polska, to i naszą obecność jakoś wytrzyma). Podczas gdy Ada i Adam bronią ławki jak niepodległości, dokonuję wypadu po zaopatrzenie do sklepu w pobliżu dworca autobusowego (to jedyny w Firze, w którym można dostać wino w cenie „zaledwie” 10 euro). Mieliśmy wprawdzie zapasy, ale „zużyły się” podczas dłuższego oczekiwania na ten zachód słońca. Wino istotnie się przydaje, ubarwia widoki, bo wieczorem nad morze nadciąga, niestety, lekka mgiełka. To jedyny minus wrażeń widokowych na Santorynie.
Czas wracać. Autobus do Vlychady odjechał nie wiadomo kiedy. Bierzemy inny, dowiezie nas do wspomnianego wyżej rozgałęzienia dróg. Stąd mamy 5 km. pieszo. Adam nie traci nadziei na stopa i wytrwale macha latarką (jest już kompletnie ciemno) przy każdej nadarzającej się okazji. A nie trafia sie ich zbyt wiele. I nagle cud! Zatrzymuje się niewielki, lekko zdezelowany pojazd. Tak, jadą do Vlychady! To imigranci z Rumunii, zabrakło im papierosów i wybrali się szukać ich w tym miasteczku, w jakiejś czynnej knajpie. W ten sposób podwożą nas prosto pod gościnne wrota tawerny Dmitrisa! Adam to ma rękę... Trzeba jeszcze tylko zawiadomić telefonicznie resztę załogi, która wspina się pracowicie w górę skarpy. Wszyscy ucztujemy, kończąc w ten miły sposób naprawdę pełen wrażeń dzień. Choćby i były to wrażenia polegające na niespokojnym oraz daremnym wypatrywaniu mitycznego, jak już uważamy, nurka.
Nurek wreszcie przyjechał

i szybko usunął przyczynę naszego przedłużonego postoju na Santorini.
A jednak nurek się pojawił. Rankiem, w poniedziałek. Wyruszył nocnym promem wychodzącym z Aten w niedzielę wieczorem, a teraz dojechał wynajętym samochodem. To bardzo uprzejmy gest ze strony Greków, bo przecież tydzień pracy rozpoczyna się w poniedziałek. Nurek okazuje się przy tym kompetentnym fachowcem. Wymienia śrubę w niespełna pół godziny. Istotnie, wkręty mocujące pozostawiały wiele do życzenia. Przy bardziej usilnych manewrach, jakie jacht wykonywał przy podejściu do Nea Kameni, nie wytrzymały. Dowództwo zastanawia się, co by było, gdyby tak te mocowania padły na morzu, podczas zapowiadanego sztormu... No, ale tak się przecież nie stało, więc o co chodzi? W każdym razie to oczywiste niedopatrzenie greckiego armatora. Ostatecznie nie będzie miał więc podstaw do obciążenia nas winą i zajęcia kaucji.
Ostatni rzut oka na kalderę w drodze na Ios.

Nie tracąc czasu wychodzimy z portu i ruszamy na północ. Raz jeszcze, tym razem ostatni, przepływamy kalderę. Teraz szybko, na silniku. Wiatr się wzmaga. Zamierzamy dojść do Ios i tam przeczekać.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Delos

Delos. Nasz kolejny cel.
Jeszcze na krótko siadamy na starożytnej ławce i ruszamy na podbój Delos
Widoczny jeden ze specjalnych statków o płytkim zanurzeniu kursujących na trasie Mykonos-Delos. W tle kotwiczy nasza łódka.
Ruiny starożytnych świątyń...

...skąpane w promieniach październikowego słońca...
...robią naprawdę przyjemne wrażenie.

Na tle jednej ze świątyń.
Taras Lwów w Delos. Z dziewięciu marmurowych posągów przestawiających lwy zachowało się tylko pięć. 
Delos to niewielka wyspa w pobliżu Mykonos. Wyspa niewielka, ale z wielką historią. Wedle legendy początkowo miała pływać swobodnie po morzach i dopiero Zeus przytwierdził ją na stałe do dna, aby dać schronienie zapłodnionej przez siebie Ledzie, która tu właśnie urodziła Apollina i Artemidę.
Zachowane resztki mozaiki
Słonecznego boga uznano następnie za patrona wyspy, posiadał tutaj świątynię, słynną wyrocznię (nie mylić z delficką), organizowano w mieście igrzyska, rywalizujące z olimpijskimi. W V w. p. n. e. Delos stała się ośrodkiem związku państw greckich zawiązanego do walki z Persami (Związek Delijski albo Ateński Związek Morski). Stał się on następnie narzędziem dominacji Aten, a w 454 r. Perykles przeniósł z Delos do tego miasta skarbiec związku i za zdobyte w ten sposób pieniądze przebudował Akropol. Wdzięczne za to mogą mu być kolejne pokolenia ale raczej nie mieszkańcy Delos. Co prawda, obecnie wyspa jest bezludna i funkcjonują na niej tylko muzeum oraz skansen archeologiczny. Zanim doszło do tego wyludnienia, Delos przeżyło jeszcze okres rozkwitu w I i II w. p. n. e., gdy stało się wolnym portem i wielkim ośrodkiem handlowym. Robiono tu podejrzane interesy i handlowano przede wszystkim niewolnikami. Miasto podupadło jednak następnie skutkiem wojen oraz napadów pirackich. Jak już wspomniałem, obecnie to skansen archeologiczny i wielka atrakcja turystyczna. Przypływają tu statki z turystami z Mykonos, pojawiają się też prywatne jachty i łodzie. Problem polega na tym, że ponieważ cała wyspa objęta jest ochroną prawną, przybić do niej można tylko w jednej, oficjalnej i niewielkiej przystani. A ta dostępna jest wyłącznie dla wspomnianych statków turystycznych. Wyjście na ląd w innym miejscu uznawane jest za przestępstwo i próbę kradzieży zabytków. Nasz kapitan, Mirek, nie zamierzał jednak kapitulować przed trudnościami i ponieważ większość uczestników rejsu pałała chęcią zdobycia wyspy, postanowił zakotwiczyć w cieśninie pomiędzy Delos a jej większą, ale również od 30 lat bezludną sąsiadką, wyspą Rinia.
Świątynia Izydy w Delos
A właściwie to pomiędzy Delos, a rozdzielającą cieśninę niewielką wysepką Nisida Wielka Rematiaris – tak, nieco na północ leży mniejsza jeszcze Nisida Mała Rematiaris, obydwie także bezludne. Stamtąd mieliśmy przeprawić się na przystań pontonem. Na miejsce dotarliśmy po mniej więcej godzinnym rejsie na silniku, przy ładnej, słonecznej pogodzie ale raczej niesprzyjającym wietrze. Przez cieśninę przepływa idący z południa prąd, co wymaga bardzo dobrego zakotwiczenia. Z tym było trochę pracy ale kapitan nie rezygnował i za trzecią próbą kotwica chwyciła. Potem wodowanie pontonu i zbiórka ochotników na zdobywców wyspy. Zebrało się nas razem sześcioro, niektórzy zrezygnowali wybierając leniwe opalanie się na pokładzie, inni nie mieli może ochoty na przeprawę głęboko zanurzonym, niewielkim pontonem przy dość kąśliwej, krótkiej fali. Admirał pozostał na okręcie z obowiązku, nieoficjalnie zastępując kapitana i równie nieoficjalnie racząc się piwem. Przeprawa odbyła się w dwóch turach, po trzy osoby i dostarczyła niedoświadczonym załogantom odrobiny emocji, a jeszcze większej uciechy pasażerom przybyłego akurat statku turystycznego. Ci ostatni z dużym zaangażowaniem pomagali w cumowaniu pontonu. Wszystko skończyło się jednak szczęśliwie, a kapitan wykazał się opanowaniem rzemiosła żeglarskiego. Jako archeolog z wykształcenia, dysponował też wiedzą na temat historii Delos i tamtejszych wykopalisk. Właściwy skansen archeologiczny, czyli ruiny, zajmuje około połowę wyspy. Wstęp 20 euro, ale warto. To najlepiej zachowane ruiny antycznego miasta w Grecji i bodajże w całej Europie. Lepsze znajdziemy tylko w Turcji, Syrii (o ile wszystkich tam ostatnio nie zburzono) oraz w Libii (jak wyżej). W pięknym słońcu i przy orzeźwiającym wietrzyku spacerowaliśmy ulicami, podziwiając kolumnady, resztki budynków, tu i tam zachowane fragmenty mozaik. Pewnie część z tego zrekonstruowano, a przynajmniej na nowo ustawiono, ale i tak prezentuje się o wiele lepiej niż bezkształtne zwykle kupy kamieni w ruinach Grecji kontynentalnej. Zrezygnowaliśmy tylko z wizyty w muzeum (z braku czasu), wybierając w zamian wspinaczkę na najwyższe na wyspie wzgórze. Wymaga to odrobiny wysiłku i wielu turystów nie potrafi się zdobyć na ten spacer, a naprawdę byłoby czego żałować. Z wierzchołka rozciąga się piękny widok na zrujnowane miasto, okoliczne wyspy i morze. Nie sposób nie zadać sobie pytania, z czego żyli ludzie w wielkim mieście na tak małej wysepce? W zboże zaopatrywała dawną metropolię wyspa Mykonos, obecnie podsyłająca zamiast okrętów wyładowanych ziarnem statki wypełnione turystami. W sumie bardzo miła, interesująca wycieczka w słoneczny, egejski dzień. Zimne piwo wypite na dawnej agorze też smakuje wspaniale!
Widoki ze szczytu wzgórza są wspaniałe. W tle Mykonos. Oczywiście musieliśmy pozostawić dwa ułożone na sobie kamienie :D

A na gdzieś na horyzoncie znów widać naszą łódke...

Z góry wszystko wygląda inaczej...

Schodząc ze wzgórza między kolumnami natrafiliśmy na...
Wylegującą się na słońcu jaszczurkę, która pożegnała nas rzucając chłodne spojrzenie.
Na resztę dnia mamy zaplanowane przejście (nadal na silniku, pod niesprzyjający wiatr) pomiędzy wyspami Paros i Naksos oraz dojście do wyspy Ios. Tam staniemy na noc, by nazajutrz wyruszyć ku Santorini.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Mykonos

Jako rozbitek. Słoneczko, plaża, typowe greckie krajobrazy...Czego chcieć więcej?
Wiatraki z Mykonos w całej pełn
Między wiatrakami które są symbolem wyspy


A po programie artystycznym zimne piwko na zwilżenie gardła w ten ciepły dzień
Po całodziennym postoju na Kitnos morze uspokaja się i rankiem 18. paźdiernika wychodzimy z portu przy słonecznej pogodzie. Wiatr sprzyja i płyniemy na żaglach, po drodze omijając od południa wyspę Siros.
Inne ujęcie wiatraków na Mykonos
Wieczorem okazuje się jednak, że nie damy rady wystarczająco wyostrzyć i ostatni odcinek drogi przebywamy na siniku, kierując się na północny wschód i opływając z lewej burty wyspy Rineja oraz Delos. Na Delos zajrzymy za dwa dni, teraz przed nami Mykonos! Ta malownicza, ale nie wyróżniająca się niegdyś niczym specjalnym wysepka zyskała sławę w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy upodobali ją sobie spragnieni spokoju, odosobnienia i wypoczynku celebryci, gwiazdy kina, muzyki, świata mody czy sportu. W ślad za nimi nadciągnęli jednak zwabieni słynnymi nazwiskami turyści. Celebryci uciekli wówczas gdzie indziej, a hordy turystów pozostały. Obecnie na Mykonos żyje niecałe 10 tys. stałych mieszkańców (i tak dużo, porównując np. z Kitnos), wczasowiczów i zwiedzających jest zwykle kilkakrotnie więcej. Przybywają prywatnymi jachtami, statkami wycieczkowymi, samolotami. Wyspa zyskała wątpliwą sławę jako mekka miłośników wyluzowanej zabawy, wszelkiego rodzaju używek oraz innego rodzaju atrakcji – erotycznych także. Odwiedzają ją jakoby z upodobaniem „kochający inaczej”, czyli geje i lesbijki. Na Mykonos można też znaleźć mnóstwo firmowych sklepów najlepszych marek, ceny niczym w Paryżu czy Mediolanie. O wiele trudniej odszukać ten dawny czar i klimat, który zwabił tu niegdyś wspomniane sławy.
Kotwiczymy na noc w osłoniętej zatoce u południowych brzegów wyspy i już na odległość przekonujemy się, jakie to atrakcje oferuje ona w pierwszej kolejności. Przed nami wąski pas lądu, za którym ulokowano miasto Mykonos (zwane też Chora) – stolicę wyspy. Wzdłuż wybrzeża ciągną się jaskrawo oświetlone restauracje, tawerny, dyskoteki i inne tego rodzaju przybytki. Przez całą noc dobiega od strony lądu głośna muzyka. Cóż, to obecne Mykonos.
Teraz pora na spacer na plażę...
I zanurzenie chociaż stóp w Morzu Egejskim
Może by tak jeszcze coś zjeść na kolację?
Większość knajpek to jednak restauracje rybne a ten widok skutecznie zniechęcił nas do konsumpcji (jako że owoce morza jemy tylko w ostatecznej ostateczności). Powędrowaliśmy zatem do marketu po wino winogrona, oliwki i pyszny grecki ser. Tak zaopatrzeni udamy się na romantyczną kolację połączoną ze spacerem gdzieś  na nadmorskie , odludne wzgórza Mykonos.
Rankiem przechodzimy na silniku wokół wysuniętego w kierunku zachodnim półwyspu i cumujemy w marinie po północnej stronie miasta. Dodam, że marina bardzo marna. Jedyne udogodnienie cywilizacyjne to WC, do którego trzeba się zresztą kilkaset metrów przespacerować.
Ostatni rzut oka na wiatraki i...idziemy do marketu na zakupy...
Pryszniców brak. Obok przystań promowa oraz nabrzeże, przy którym cumują gigantyczne statki wycieczkowe z niemieckimi turystami. Ruch trwa tam na okrągło, autobusy podwożą wycieczkowiczów do miasta. My korzystamy w drodze do Chory (Mykonos) z lokalnego promu, podczas krótkiego rejsu wzmacniając się miejscowym winem, które kupiliśmy w dobrze zaopatrzonym w lokalne produkty i wyjątkowo jak na te wyspę niedrogim sklepie, usytuowanym dokładnie naprzeciwko mariny, po przeciwnej stronie ulicy. To miły początek zwiedzania. Nie przeszkadza nam nawet to, że tego akurat dnia wyspa przyjmuje jakichś oficjalnych gości, trwają uroczystości w porcie i okolice nabrzeża zostały zamknięte dla normalnego ruchu. Potrwa to kilka godzin. Zanurzamy się więc w plątaninę wąskich uliczek miasteczka. Prezentowałyby się uroczo, w miarę zadbane, zabudowane starannie odmalowanymi domkami. Klimat psują tylko wspomniane, markowe sklepy oraz tłumy turystów. Cóż, gdyby nie ci turyści, to pewnie nikt by o estetykę nie zadbał. Coś za coś! Rozdzielamy się po spożyciu posiłku. Żartujemy, że skoro nasz kapitan, Mirek, nie zdążył odwiedzić przed wylotem z Polski fryzjera (o czym raz czy drugi wspomniał) to teraz może się ostrzyc na Mykonos! Wyspa słynie i z tego rodzaju usług, miejscowi mistrzowie oferują klientom fryzury bardzo wymyślne, za odpowiednią cenę, rzecz jasna. Dla zabawy zaglądamy do jednego czy drugiego zakładu, najprostsze strzyżenie męskie 24 euro. Ale są też w „menu” pozycje dużo bardziej wyszukane, grubo przekraczające sumę 100 euro. Ostatecznie kapitan pozostał przy dotychczasowej fryzurze, w której prezentował się zresztą bardzo dobrze (o czy można przekonać się na zdjęciach).
"Nasza" przystań na Mykonos z mnóstwem ogromnych wycieczkowców
Chcąc wydostać się z tego turystycznego kotła wychodzimy na wzgórze ponad miastem, Tutaj już spokojniej. Można usiąść na ławeczce pod skrzydłami starego, pobielonego wiatraka i popijając wino podziwiać widoki, bardzo zresztą malownicze. Mykonos, jak większość greckich wysp, najlepiej prezentuje się z daleka. Białe wiatraki to symbol wyspy, pochodzą z XVI w. i służyły mieleniu zboża, które powszechnie tu wtedy uprawiano. Turyści fotografują się zwykle na tle pięciu takich wiatraków, usytuowanych ponad plażą i portem oraz ładnie odrestaurowanych. Drugi symbol Mykonos to pelikany. Ptaki te można spotkać na wyspie, oswojone z ludźmi pozwalają się karmić.

Wieczorem urządzamy sobie romantyczny spacer we dwoje, zapuszczając się na wzgórza ponad mariną i przystanią promową. Tutaj to już trochę inny świat, objawia się zwykły, grecki nieporządek. Z pewnym trudem znajdujemy jako tako odosobnione miejsce, w którym można miło spędzić czas, sycąc oczy widokami oraz popijając wino, przegryzane serem, oliwkami i winogronami.

sobota, 12 sierpnia 2017

Kitnos

A oto Kitnos
Wypływamy z Aten 15 października przy pięknej pogodzie i niezbyt silnym, ale narastającym wietrze. Początkowo idziemy na silniku wzdłuż wybrzeża Attyki, dopiero po minięciu przylądka Sunion pada rozkaz podniesienia żagli. Morze lekko sfalowane, a ponieważ niektórzy z członków załogi przeforsowali się odrobinę poprzedniego wieczoru, odczuwają pewne dolegliwości. Pomaga kieliszek Glenfiddischa wypity przez wszystkich „na cześć Posejdona”. Po całodziennym rejsie kotwiczymy przy osłoniętym, zachodnim brzegu wyspy Kitnos. Morze faluje coraz silniej.
Nad brzegiem morza
Następnego dnia przechodzimy rankiem na silniku po portu Kavala na wybrzeżu wschodnim. Fala rośnie, prognoza zapowiada dwudniowy sztorm. Kapitan postanawia przeczekać ten okres silnych wiatrów i w ten sposób pozostajemy na Kitnos przez dwa dni. To niezbyt duża wyspa w archipelagu Cykladów, na południowy-wschód od przylądka Sunion (druga w kolejności, po swojej sąsiadce, Kei. Wyspa pokryta jest w większości bezdrzewnymi wzgórzami, liczy zaledwie ok. 1,5 tys. stałych mieszkańców. Sprawia wrażenie sennej i na wpół opuszczonej. Kiedyś wydobywano tu rudę żelaza, po tym okresie pozostał zrujnowany pirs w porcie Kavali. Później próbowano rozwinąć turystykę w oparciu o ciepłe źródła, bijące w Kavali właśnie. Pozostałością po tej inicjatywie jest opuszczony budynek hotelu spa. Obecnie można odnieść wrażenie, że wszyscy młodzi i posiadający jakieś ambicje stąd wyjechali (zazwyczaj do Aten). Widać mnóstwo aktualnie pustych, zamkniętych na cztery spusty domów, zwykle jednak dobrze utrzymanych. To własność zamożnych Ateńczyków, którzy przyjeżdżają tu latem.
Pomimo sztormu, słoneczko jednak świeci. Marina w Kavali nie oferuje zbyt wiele, ale posiada kabinę prysznicową! Jak się okaże, to rzadkość w portach na Cykladach. Cóż jednak z tego, skoro zwykle jest zamknięta na klucz. A gdy już właściciel tego przybytku cywilizacji raczy się pojawić i kasować po kilka euro za wstęp, zawsze ustawia się kolejka. Wprawdzie przystań w Kaveli nie jest w październiku szczególnie uczęszczana, to jednak schroniło się w niej około dziesięciu jachtów. Mniej więcej połowa ich załóg to żeglarki, takie czasy. A panie pragną umyć włosy. W ten sposób prysznic jest praktycznie zawsze niedostępny, chyba, że ktoś zamierza spędzić w kolejce dwie godziny albo dłużej. Oto dowód, że dawne wilki morskie miały świętą rację, odmawiając kobietom prawa wstępu na pokład!
Kapitan zażywa kąpieli termalnej w otoczeniu piękniejszej części załogi

Kiedy już znudziło się kontemplowanie widoku łódki przy pomoście i opalanie brzuszków...
...pora poopalać plecy leżąc w ciepłych źródłach wypływających wprost na plaże...
Zamiast wątpliwych rozkoszy prysznica, postanawiamy skorzystać z kąpieli we wspomnianych ciepłych wodach. Strumień termalnej, żelazistej wody spływa od strony usytuowanego w opuszczonym hotelu źródła wprost na plażę. Miejscowi amatorzy oraz turyści urządzili tu coś w rodzaju prowizorycznego basenu.
Drink pożegnalny przed przepłynięciem zatoki.
Można pławić się w leczniczej wodzie, pełzając na brzuchu aby chronić się przed zimnymi podmuchami wiatru. Ada decyduje się zaoszczędzić sobie drogi i rusza w to miejsce wpław, prosto z jachtu, w poprzek zatoczki. Może 500 m., co to dla takiej syreny! Ja wolę spacer brzegiem, wokół pustej obecnie plaży. To ujście strumienia okaże się bardzo popularne wśród załogi i oficerów naszej łódki.
Po wypławieniu się, ogrzaniu i skorzystaniu z leczniczych walorów Kitnos, postanawiamy z Adą ruszyć na zwiedzanie wnętrza wyspy. Mają tu ruiny jednego czy drugiego zamku, ale za nasz cel obieramy stolicę, usytuowane w centralnym punkcie lądu miasteczko Chora. Około pięciu km. drogą. Podobno jeżdżą tu niekiedy autobusy, ale nie wiadomo dokładnie kiedy. Nigdy żadnego nie spotkaliśmy. Po mniej więcej kilometrze jakiś uczynny Grek zabiera nas jednak „do budy” zdezelowanego samochodu dostawczego. Docieramy więc do Chory bez wysiłku. Miasteczko okazuje się bardzo greckie. Kręte uliczki, nieco zaniedbane, białe domki. O tej wczesnej jeszcze porze dnia Chora jest prawie wyludniona. Kilka knajpek, przyjmujących zapewne w sezonie turystów, też prezentuje zamknięte podwoje. Włóczymy się bez celu, spożywamy własne zapasy. Wychodzimy ostatecznie na górujące nad wioską wzgórze. Rozpościera się stąd widok na dużą cześć wyspy oraz otaczające wody. Wiatr urywa jednak dosłownie głowę. Długo tam nie zostajemy. Wzgórze szpeci przykry widok. Zainstalowano tam przed kilku laty cztery wiatraki małej elektrowni wiatrowej. Zapłaciła za to Unia, czy też nawet konkretnie państwo niemieckie. Informuje o tym stosowna tablica, leżąca już na ziemi, wśród różnych śmieci. Co gorsza, dwa z tych wiatraków też przyjęły już pozycję horyzontalną, dwa jeszcze stojące także nie pracują, jeden pozbawiony skrzydeł. Oczywiście, nikt się tym nie przejmuje. Grecy odwracają wytrwale maksymę, która kiedyś dotyczyła ich samych: strzeżcie się Unii, zwłaszcza gdy przynosi dary! Ich przyjmowanie uwłacza przecież greckiej godności narodowej, bardziej to już chyba tylko domaganie się zwrotu długów! Wracając, podziwiamy jeszcze potężne grzywacze, wzbudzane przez fale rozbijające się o skaliste przylądki zatoczki.
Podczas spaceru po wyspie. Rozkołysane morze które chwilowo nie pozwala wypłynąć z portu..

Wieczór spędzamy miło w portowej tawernie. Jest ich kilka i wszystkie, o dziwo, czynne. Chyba jako jedyna forma aktywności miejscowych mieszkańców.

piątek, 11 sierpnia 2017

Cyklady Rejs 2016

Cyklady Rejs 15-29.10 2016



Pokrótce trasa rejsu


1. Ateny (aby dowiedzieć się więcej kliknij link)


2. Kitnos (aby dowiedzieć się więcej kliknij link)


3. Mykonos (aby dowiedzieć się więcej kliknij link)


4. Delos wyspa-muzeum (aby dowiedzieć się więcej kliknij link)


5. Santoryn - przy ogromnym kraterze (aby dowiedzieć się więcej kliknij link)


6. Ios  (aby dowiedzieć się więcej kliknij link)


7. Ateny po raz drugi – Sunion (aby dowiedzieć się więcej kliknij link)


Pozostałe wyspy greckie, które odwiedziliśmy podczas naszych podróży:

1. Kos – wyspa w sam raz na krótkie wakacje (2018)

2. Rodos – wyspa kolosa, rycerzy i turystów (2019)

Ateny

Łódka Paris. To na niej ruszamy na Cyklady
Wyruszamy na dwutygodniowy rejs po Morzu Egejskim, w dziesięcioosobowym towarzystwie, wynajętym jachtem typu Bavaria 50. Mamy połowę października, ale pogoda dopisuje, przyświeca pełne słońce. W planach Mykonos, Delos, Santoryn, z zamiarem dopłynięcia do Krety, jeżeli warunki i czas pozwolą. Następnie powrót do Aten. Plan okaże się zbyt ambitny, ale tymczasem wcale się tym nie przejmujemy. O właściwej żegludze decydują kapitan oraz admirał (ojciec kapitana – oboje wynajęli łódź i zorganizowali rejs), my jesteśmy wyłącznie załogantami-pomocnikami.
Nasz kapitan Mirek

Ateny – pierwszy pobyt. Wszystko zaczyna się bardzo przyjemnie. Lądujemy w Atenach około północy, mniej więcej godzinę zajmuje dojazd autobusem do centrum miasta i odnalezienie hostelu, w którym zarezerwowaliśmy pokój, a raczej, jak się okaże – sześć łóżek w pokoju siedmioosobowym. Reszta załogi ma dopiero dojechać. Pomimo późnej pory szczęśliwe przybycie do stolicy Grecji trzeba uczcić, wychodzimy więc na piwo! Nieszczęśnik, który przypadkiem trafił do naszego pokoju musiał nas przeklinać! Najpierw wkraczamy o 1 w nocy i zostawiamy bagaże, a ledwie zdążył na nowo zasnąć, wracamy ok. 4 rano, po definitywnym zamknięciu ostatnich knajp. Z pewnością nie zdołał się wyspać! Na szczęście, rankiem zniknął, zanim my z kolei się obudziliśmy. Też zresztą zmuszeni byliśmy opuścić kwaterę przed 10 rano, snu więc wiele nie zaznaliśmy. Dowództwo zajęło się przejmowaniem łodzi, dając załogantom czas wolny. Ponieważ najsłynniejsze (ale trochę przereklamowane atrakcje Aten – Akropol i jego muzeum oraz okoliczne budowle) kiedyś już zwiedzaliśmy, spacerujemy leniwie po mieście, wspinając się na zalane słońcem wzgórze Likavitos (Wzgórze Wilków, 277 m. n. p. m.). To najwyższe wzniesienie w Atenach, oferujące piękny widok oraz niezłe, zimne piwo w knajpce na szczycie. Popołudniem docieramy metrem, a potem autobusem (można też szybciej taksówką) do rozległej mariny w Pireusie, w dzielnicy Kalamaki. Łódź już czeka. Okazuje się, ze część załogi zdążyła nawet zrobić przeznaczone na zaopatrzenie zakupy w supermarkecie, korzystając z pomocy zaprzyjaźnionego z jedną z uczestniczek rejsu, miejscowego, zmotoryzowanego Greka. Co prawda, w ogólnym rozgardiaszu i pośpiechu (tuż przed zamknięciem sklepu) zagubili za linią kas jeden z koszyków i mogli go później tylko podziwiać przez szybę. Zakupów tych nie udało się już następnego dnia odzyskać. Nie należy jednak czynić wyrzutów tym, którzy pracowali dla wspólnej sprawy. Uczynnemu Grekowi należało, oczywiście, podziękować w polskim stylu. A że każdy miał jeszcze zapasy przywiezione z kraju, podziękowanie przerodziło się w imprezę zapoznawczą. Rejs zapowiada się więc nieźle!


Popijając wodę (w knajpce na Wzgórzu Wilków podają wodę każdemu kto usiądzie do stolika, nie to żebyśmy wyglądali na aż tak wykończonych tą wspinaczką do góry :D:D:D), w oczekiwaniu na browar

Podziwiamy widok Aten z piwkiem w dłoni
Widok z Wzgórza Wilków na Akropol

Podczas spaceru na Areopagu

Kontemplujemy widok Akropolu
Na teren Akropolu nie wchodziliśmy (zdjęcie dzięki uprzejmości Adama, jak zresztą jeszcze kilka innych)

I Adam w swej własnej osobie :D
Łódka już prawie spakowana...pora ruszać