środa, 12 lipca 2017

Kutaisi




Jaskinia Prometeusza

Inne ujęcie jaskini


Jaskinia Prometeuszazostała odkryta w 1984 roku, a udostępniona dla turystów w 2011 roku.

Jaskinia Prometeusza położona  zaledwie 20 km od miasta Kutaisi.

Podczas przejażdżki łódką w Jaskini Prometeusza.

Przepływaliśmy pod takim oto niziutkim łukiem (stąd kask na poprzednim zdjęciu).

W Kanionie Okatse.

Krążąc po schodach nad przepaściami.

Trasa wiedzie mostkami, rozwieszonymi wprost nad przepaścią. 
Wrażenia są naprawdę niesamowite.

Na wysuniętym jęzorze kładki...

Katedra Bagrati

Wnętrze katedry


Przed dzwonnicą katedry

Przed wejściem do katedry Bagrati

Średniowieczny monastyr Gelati.


Przed grobem króla Dawida IV Budowniczego, płyta na posadzce w bramie.
Król Dawid Budowniczy na jednym z fresków
Wnętrze monastyru Gelati.
Nowoczesny gmach parlamentu w Kutaisi
Kutaisi – miasto w głębi kraju, przy drodze z wybrzeża do Tbilisi. Utożsamia się je ze starożytną stolicą Kolchidy. To tutaj przybyć miał Jazon w poszukiwaniu Złotego Runa, wpływając w górę rzeki Rioni. To tutaj rozegrały się też jakoby opisane w mitach wydarzenia, to tutaj grecki bohater zdobył miłość królewskiej córki Medei, która zdradziła ojczyznę, zabiła brata oraz dopomogła kochankowi w kradzieży cennego łupu. Na dłuższą metę żadnemu z nich nie przyniosło to zresztą szczęścia. O micie przypomina okazała fontanna przy centralnym placu miasta. Jeśli chodzi o dzieje mniej mityczne, to Kutaisi słynie z ukończonej w 1003 r. katedry, zwanej od imienia swego fundatora katedrą Bagrati. Uważa się ją za arcydzieło architektury i skarbnicę średniowiecznej sztuki gruzińskiej. Okazała i robiąca istotnie wrażenie budowla jest obecnie częściowa ruiną, poddawaną renowacji. Z tym są pewne problemy. Prace finansowało UNESCO, ale tymczasem zawiesiło dopływ kolejnych funduszy. Powód? Patriarcha polecił dla własnej wygody dobudować do bocznej ściany katedry zupełnie współczesny szyb windy! Rozumiem, że to starszy człowiek i może mieć problemy z pokonaniem schodów prowadzących np. na chór. Ale mógłby przecież zatrudnić jakichś akolitów w charakterze nosicieli lektyki czy czegoś w tym rodzaju. Byliby zaszczyceni i wszystko pozostałoby w jak najlepszym porządku. Ale nie, dostojnik Kościoła wie lepiej i nikt nie będzie mu się wtrącał, a zwłaszcza jakieś UNESCO! Co z tego, że dają pieniądze? Powinni się cieszyć, że raczymy je przyjmować. I tak winda pozostała, a prace ugrzęzły z braku funduszy. Pozostaje czekać, aż problem rozwiąże się sam. To w zasadzie jedyne godne uwagi miejsca w całym Kutaisi. No, może jeszcze aleja palmowa – szeroka ulica obsadzona palmami. Wedle współczesnej legendy prezydent Saakaszwili (postać, jak widać, bardzo barwna) dostał je w prezencie od pewnego arabskiego szejka podczas suto zakrapianego przyjęcia w trakcie międzynarodowej konferencji. Szejk słowa dotrzymał i przysłał odrzutowiec z dwoma tysiącami sporych rozmiarów sadzonek. Nie bardzo wiedząc (po wytrzeźwieniu zapewne) co z tym podarunkiem zrobić, prezydent kazał obsadzić palmami wspomnianą aleję w Kutaisi. W mieście usytuowano jeszcze nowy budynek parlamentu. Miało to służyć rozwojowi innych ośrodków poza Tbilisi i Batumi. Gmach, bardzo nowoczesny, stoi teraz na ogół pusty i niszczeje, sesje parlamentu odbywają się w nim rzadko. Dużo ciekawsze są okolice Kutaisi. Na przedmieściach znajduje się średniowieczny monastyr Gelati. Pochodzi z XII w., ufundował go król Dawid IV Budowniczy, jeden z wybitnych władców gruzińskich. Był wielkim koneserem wina i założył w klasztorze specjalną szkołę dla kształcenia winiarzy. Wedle tradycji, egzaminy przeprowadzał w wielkiej sali osobiście, kosztując trunku sporządzonego przez kandydata. Jeżeli król wypił cały kielich, egzamin uznawano za zdany, jeżeli natomiast wylał zawartość naczynia na klepisko, egzamin był oblany! Dawida pochowano w klasztorze, w głównej bramie wejściowej, aby wszyscy deptali po grobie dawnego władcy. W tymże klasztorze ma też jakoby spoczywać królowa Tamara, najsławniejsza i największa władczyni Gruzji. Dokładne miejsce jej pochówku nie jest jednak znane, możliwe zresztą, że tradycja o Gelati to w tym wypadku tylko legenda. Kolejna atrakcja w pobliżu Kutaisi to tzw. Jaskinia Prometeusza. Istotnie, robi wrażenie dzięki swym wielobarwnym i pięknie podświetlonym utworom skalnym. Warto wykupić droższą wersję zwiedzania, uwzględniającą przejażdżkę łodzią po podziemnym jeziorku. Na parkingu przed jaskinią miejscowi często sprzedają własnego wyrobu wino. To, które kupiliśmy, okazało się znakomite. Nasz winiarz z pewnością zdałby królewski egzamin. Wyglądał zresztą na takiego, który z upodobaniem kosztuje własnego produktu. To często najlepsza rekomendacja! I wreszcie największa bodaj atrakcja krajoznawcza Gruzji, wąwóz Okatse, ok. 50 km. na północny-zachód od Kutaisi. Dojazd jest tam bardzo utrudniony (2015 r.), w zasadzie pozostaje taksówka. Na miejscu warto jeszcze skorzystać z usług miejscowych „wozów terenowych”, czyli zwyczajnych samochodów osobowych podstawianych przez okolicznych mieszkańców. Te dwa kilometry od parkingu do krawędzi wąwozu można w zasadzie pokonać pieszo, ale przejazd sam w sobie jest atrakcją dorównującą przeżyciom przy zwiedzaniu kanionu. Żaden kierowca przy zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się na jazdę po tak kamienistym, pełnym wybojów i solidnych nachyleń szlaku (bo trudno nazwać to drogą), ale miejscowi oraz ich pojazdy dają radę! Podróż dla osób o silniejszych nerwach! Wąwóz Okatse też powinni zwiedzać turyści raczej bez leku wysokości (ja takowy mam ale zwalczam go bojem, tym razem okazało się to naprawdę wyzwaniem). To skalna rozpadlina, szeroka na kilkaset metrów i na tyleż głęboka. Pionowe ściany i niewidoczne w zasadzie dno pokrywa gęsta roślinność. Wąwóz zwiedzamy od góry, maszerując po zawieszonej wzdłuż jednej z krawędzi kładce. Niby nowoczesna, solidna, z wysokimi barierkami. Ale gdy kołysze się lekko pod stopami, gdy spoglądamy w dół przez kratownicę chodnika... A zwłaszcza, gdy na samym końcu wychodzimy na wysunięty kilkadziesiąt metrów w głąb wąwozu jęzor kładki, który teraz kolebie się całkiem wyraźnie... Wielu rezygnuje i chyba nawet ich rozumiem. To miejsce koniecznie trzeba zobaczyć! Na koniec jeszcze wspomnienie osobiste. Nocowaliśmy w prywatnym ni to hotelu, ni to kwaterze. Właściciel okazał się bardzo przyjaźnie nastawiony, przy obiedzie sam przyniósł i nalewał domowe wino. Zagadywał na różne sposoby, wyraźnie szukał towarzystwa do dzbana i butelki. Nie mogliśmy okazać się gorsi i podjęliśmy wyzwanie, stawiając różne domowe nalewki, które przezornie zabraliśmy z Polski. Pola nie oddaliśmy, ale poranek następnego dnia był trudny...
Impreza u gościnnego Gruzina


Gruzińskie wino leje się strumieniami.

Przy wyjątkowych okazjach w Gruzji popija się z rogu.



Batumi

Batumi. Uniwersytet na Placu Cudów
Podczas spaceru po promenadzie

Plac Cudów nocą
Jeden z symboli Batumi Ali i Nino.

Na promenadzie w Batumi

Na tle koła widokowego. Nadaje mi ono "nieco" łagodności :D

Klomby kwiatów na Placu Europejskim

Plac Europejski. Jedna z wypożyczalni rowerów tuż przy pomniku Medei

Zachód słońca w Batumi

O zachodzie słońca.

Tańczące fontanny w Batumi
Panorama Batumi z górnej stacji kolejki "Argo"

Koncert przy górnej stacji kolejki "Argo"
Przy tańczących postaciach Ali i Nino.
Batumi – główny, nadmorski kurort Gruzji. Jak to w kurorcie, promenady, parki, hotele, tańczące fontanny, specjalna atrakcja to delfinarium. Można popływać z delfinami, ale to sporo kosztuje i trzeba rezerwować tę przyjemność z dużym wyprzedzeniem. Dla wszystkich dostępny jest natomiast tzw. Plac Cudów, nadmorski kwartał z szeregiem dziwacznych, utrzymanych w supernowoczesnym stylu wysokościowców, epatujących niezwykłymi kształtami. Wybudowano to wszystko z inicjatywy prezydenta Michaiła Saakaszwilego, który był autorem wielu oryginalnych pomysłów na promowanie kraju. W budynkach umieszczono różne instytucje publiczne, np. wydziały politechniki i uniwersytetu. Gruzini uważają jednak ich wzniesienie za niepotrzebną rozrzutność, zresztą obecnie poszczególne piętra oraz piony i tak są często zamknięte, stoją puste wobec zbyt wysokich kosztów eksploatacji. Tym niemniej, zwłaszcza z pewnej perspektywy, w nocy, robią wrażenie. Tuż obok dwa symbole miasta: nowoczesna, ale mająca swój urok podwójna statua przedstawiająca zakochaną parę. On i ona wirują w takt muzyki, konstrukcja jest tak pomyślana, że figury przenikają się w tym tańcu, tworząc różne układy szukających uścisku dziewczyny i chłopaka. Dla mniej romantycznie nastrojonych tzw. Fontanna Czaczy. Czacza to miejscowy trunek, winiak z wytłoczyn winogronowych, zwykle paskudny bimber powodujący jeszcze bardziej okropnego kaca. Ta fontanna to kolejny pomysł prezydenta Saakaszwilego: po otwarciu w 2012 r. raz w tygodniu, przez kwadrans, tryskała z niej zamiast wody czacza właśnie! Przyciągało to, rzecz jasna, tłumy, w tym wielu spragnionych. Podczas naszej wizyty trunek w fontannie należał już do przeszłości, podobno coś się zepsuło. Ale i tak turyści licznie ściągają w to miejsce... Nadzieja, jak wiadomo, umiera ostatnia... Panoramę miasta najlepiej podziwiać z koła widokowego, również usytuowanego przy Placu Cudów. Jest naprawdę wysokie i warto odbyć wieczorną przejażdżkę. Czasu wystarczy akurat w sam raz na spokojne opróżnienie piwa. Takie koła spotyka się w wielu miastach Gruzji, ślad po dawnych atrakcjach radzieckich. Inny sposób to wjazd nowoczesną kolejką linową nazwaną „Argo” na pobliskie wzgórze Anuria (dolna stacja, a jakże, przy Placu Cudów, tuż nad morzem). Już sam przejazd jest ciekawy, trasa wiedzie bowiem w większości ponad dachami domów. Na wzgórzu punkt widokowy, kawiarnia, restauracja, miejsce występów artystycznych. Najlepiej wjechać wieczorem, czynne do późnej nocy. Tylko „kolejki do kolejki” wtedy największe. Nie warto natomiast wyruszać na wycieczkę morską po okolicy. Wybrzeże w Batumi i najbliższym sąsiedztwie nie prezentuje się szczególnie okazale (może teraz tak piszę, po niedawnym ujrzeniu norweskich fiordów). Lepiej odbyć spacer ciągnącą się wzdłuż brzegu promenadą. Można też wziąć rower. Już w nowszej, bardziej odległej od Placu Cudów części usytuowano przy nabrzeżu luksusowe hotele, stylizowane na różne słynne i charakterystyczne budynki: a to koloseum, a to egipska świątynia. W tej części promenady piwo w knajpach raczej drogie. Polscy turyści ciągną w jeszcze jedno miejsce, na Rondo Marii i Lecha Kaczyńskich.
Rondo Marii i Lecha Kaczyńskich w Batumi.
Tak nazwano któreś z rozwiązań komunikacyjnych w nowej części miasta, w kierunku na lotnisko. W sumie nic specjalnego, rondo jak rondo, ale Polacy lubią zrobić sobie zdjęcie przy tabliczce z nazwą (trzeba, „przeskoczyć” na środek, wbrew przepisom, oczywiście, ale tu nikogo to nie dziwi). Batumi usytuowane jest w malowniczym, nadmorskim i górzystym rejonie kraju zwanym Adżarią. Warto wybrać się na wycieczkę po okolicy. W niewielkiej odległości na południe od miasta, też na wybrzeżu, trafimy na ruiny dawnej twierdzy rzymskiej i bizantyjskiej Gonio. Warto tam wejść, na miejscu, w sezonie letnim pracuje w fortecy polska ekspedycja archeologiczna, której członkowie chętnie służą informacjami. Dalej, na południe, ciekawe przejście graniczne z Turcją w Sarpi. Budynek ma kształt klucza. To jeszcze jeden pomysł prezydenta Saakaszwilego, mający tym razem symbolizować łączność pomiędzy Europą i Azją (co ciekawe, z czysto geograficznego punktu widzenia niemal cała Gruzja leży w Azji). Nieco w głębi lądu trafiamy na malownicze góry, jak niemal wszędzie tutaj, wśród których należy odwiedzić wodospad Makhuntseti (tutaj możliwa mała kąpiel, zapewniająca jakoby wieczną młodość, obok sprzedają różne rodzaje specyficznych miodów gruzińskich, smaki naprawdę ciekawe) oraz średniowieczny, kamienny tzw. most Dandalo, bardziej znany jako Most Królowej Tamary (słynnej władczyni gruzińskiej z przełomu XII/XIII w., za panowania której kraj osiągnął szczyt potęgi i rozkwitu). Zbudowano go ponad tysiąc lat temu, ale nadal służy mieszkańcom. O ile wycieczka w okolice Batumi jest godna polecenia, to plażowanie i odpoczynek w tym kurorcie oraz w sąsiednich miejscowościach raczej odradzamy. Plaże wszędzie kamieniste i mało przyjazne, hotele albo bardzo luksusowe i kosztowne, albo raczej kiepskie i siermiężne. Do tych pierwszych ciągną goście z krajów arabskich (niedaleko, a w tym chrześcijańskim kraju Allach niedowidzi, co pozwala na swobodne korzystanie z różnych, zabronionych jego wyznawcom przyjemności), drugie zapełniają przybysze z Rosji (też dawnych wspomnień czar oraz łatwość dojazdu koleją czy samochodem). Jedni i drudzy windują ceny, a Rosjanie jeszcze dodatkowo robią tłok. W sumie, Batumi to dobry cel na dwu - , góra trzydniowy pobyt, połączony ze zwiedzaniem miasta i okolicy. Na dłużej nie warto się tam zatrzymywać. I jeszcze na zakończenie teledysk Filipinek z 1963 roku kliknij tutaj
Przed twierdzą Gonio jako rycerz :D


Współpraca gruzińsko - polska kwitnie...

Polscy archeolodzy przy pracy - odkrywają mozaiki.

W murach twierdzy

Na jednej z wież w Gonio.

Na murach twierdzy Gonio

Nad wodospadem Makhuntseti.

Na moście królowej Tamary.


Tbilisi – stolica Gruzji.

Kościół Anczischati - cerkiew Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego, najstarsza świątynia w Tbilisi datowana na VI w.
Wnętrze kościoła Anczischati
Kościół Kashveti świętego Jerzego
 (pocz. XX w.),kolejna ze światyń
Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego
Wnętrze kościoła Kashveti,
ikonostas jest dziełem Polaka
Henryka Hryniewskiego
Przewodniki zachwalają spacer po starówce i zwiedzanie starych kościołów (Gruzja ma swój własny Kościół i obrządek, różny od prawosławnego). Moim zdaniem to atrakcja przereklamowana, jeden, góra dwa kościółki (zwykle skromne) w zupełności wystarczą (np. cerkiew Anczischati). A niespieszny spacer po mieście (podczas naszego pobytu panował upał) najlepiej połączyć z degustacją miejscowych piw lub win (wedle upodobań, ja wolę piwo, ale nie każdy musi podzielać to zdanie). Po drodze warto zahaczyć o Plac Wolności oraz o wiszący Most Pokoju, nowoczesną konstrukcję przerzuconą przez rzekę Kura. Koniecznie należy natomiast odwiedzić dwa miejsca. Pierwsze z nich to wzgórze Solokai z punktem widokowym (najlepiej wyjechać tam kolejką linową, stacja dolna w sąsiedztwie Mostu Pokoju), w pobliżu mamy też średniowieczną twierdzę Narikala, rozciąga się stamtąd wspaniała panorama miasta. Drugi żelazny punkt programu osiągniemy schodząc ze wzgórza ścieżką dla pieszych spacerowiczów. To usytuowane u jego stóp stare, dziewiętnastowieczne łaźnie. W Tbilisi znajdują się bowiem źródła wód termalnych, wedle legendy to one zadecydowały w VI w. o założeniu miasta, gdy przypadkiem natrafił na nie podczas polowania król Wachtang IV. W łaźniach tych bywali z upodobaniem (i o nich pisali) Aleksander Puszkin oraz Aleksander Dumas ojciec.
Cminta Sameba, czyli Sobór Świętej Trójcy

Wnętrze. Budowę kościoła zaczęto w 1995 roku z zamiarem uczczenia dwutysięcznej rocznicy narodzin Chrystusa.

Ikonostas. Budowę kościoła przerwano i ponownie wznowiono w 2000 roku. W 2002 roku odprawiono tutaj pierwsze nabożeństwo.
Nieśpieszny spacer po mieście
Plac Wolności

Gdzieś na ulicach Tibilisi

Narada. Do której knajpy iść na piwo?

W Tbilisi nader często zdarzają się też takie widoczki

Most Pokoju

Pałac Prezydencki w Tbilisi

Widok z Mostu Wolności na wzgórze Solokai
Kolejka na wzgórze Solokai

Panorama ze wzgórza Solokai

Król Wachtang Gorgasali, założyciel Tbilisi

Przytulając do "piersi" Lecha Kaczyńskiego...
Charakterystyczny kompleks ceglanych budynków z kopułami na dachach widać dobrze ze wzgórza. Można tam wynająć na godziny prywatne apartamenty kąpielowe, dodatkowo zamówić masaż, wino lub posiłek. Następnie cieszymy się tymi atrakcjami oraz swoim towarzystwem bez obecności tłumów. Skorzystaliśmy, naprawdę warto! Wystrój wnętrz utrzymany w stylu historycznym, lekko siermiężny, ale dodaje to klimatu i uroku. Nie należy jednak przesadzać. Woda wydziela silne wyziewy i po dłuższym pobycie w łaźni, klienci/kuracjusze wychodzą słaniając się często na nogach. Może to jednak wpływ nie tylko powietrza i gorącej kąpieli, ale również wypitego wina i piwa (też wypróbowaliśmy). Kolejne miejsce warte odwiedzin to pomnik św. pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego (na placu przy skrzyżowaniu ulic Bohorma i Atskuri). Cieszy się on dużą sympatią Gruzinów, pewnie za to, że jako jedyna z europejskich głów państw ostentacyjnie i w awanturniczym stylu popierał Gruzję podczas jej zbrojnych potyczek z Rosją przed kilku laty. Gdy zginał w katastrofie lotniczej, wystawiono mu ten, dość skromny zresztą, postument. Prezentuje się raczej mało okazale i przypomina głowę naszego bohatera nabitą na pal albo złożoną na tacy. Cóż, de gustibus... Pomniejsza atrakcja, w zasadzie dla chętnych, to katedra Cminta Sameba, kościół patriarchy Kościoła gruzińskiego. Budowla stosunkowo nowa, potężnych rozmiarów i w niespecjalnie dobrym guście. Symbol pozycji Kościoła (skąd my to znamy), przez wielu Gruzinów krytykowana za koszty i ostentację (to też skądś znamy). Oczywiście, w dużej części sfinansowało ją państwo (czyli obywatele z podatków, tu po raz trzeci ciśnie się na usta...). Przed rozległym placem katedralnym sklep z miejscowymi, autoryzowanymi winami. W smaku bardzo dobre, ale też liczą tam sobie za nie jak za uznane gatunki francuskie czy włoskie. Miłośnicy innych klimatów mogą jeszcze wybrać się na stadion klubu piłkarskiego Dynamo Tbilisi. To niegdyś jeden z dwóch klubów-wizytówek radzieckiej piłki nożnej (obok CSKA Moskwa). Obecnie stadion chlubi się również rozegranym tam meczem o superpuchar Europy w 2015 r. Trzeba przyznać, że u nas podobnej imprezy dotąd nie udało się załatwić.

wtorek, 11 lipca 2017

Gruzja 2015


Mccheta
W epoce PRL-u Gruzja jawiła się jako kraj odległy, wabiący tajemnicza egzotyką, klimatem i niezwykłymi krajobrazami. W dodatku taki, który jako cześć ówczesnego ZSRR był osiągalny dla polskiego turysty. Oczywiście, nie dla każdego. Przeciętny Polak jeździł nad nasze zimne morze, bardziej zaradny do Bułgarii, Rumunii czy Jugosławii (to było coś – lody za równowartość miesięcznej, polskiej pensji), a najbardziej zasłużeni po linii zawodowej czy partyjnej właśnie do Gruzji. Potrafili później latami opowiadać o takim wyjeździe jako o podróży życia (znam taką osobę). Gruzja wydawała się więc szczytem turystycznych pragnień. Symbolem tych tęsknot stała się piosenka „Herbaciane pola Batumi”, śpiewana w latach sześćdziesiątych przez zespół Filipinki. Dla zdecydowanej większości rodaków dostępna okazywała się z tego wszystkiego właśnie kiepskiej jakości herbata gruzińska, nazywana niezatapialną, gdyż nie dawała się sparzyć.
Tym niemniej, po zmianie stosunków zarówno w Polsce jak i Gruzji, podróż do tego kraju u stóp Kaukazu stała się możliwa bez większych problemów, co przyciąga obecnie uwagę wielu rodaków. Najłatwiej dostać się tam samolotem na lotniska w Tbilisi, Batumi lub Kutaisi, są też tacy, którzy wybierają się samochodami (w grę wchodzą raczej terenowe) przez Bałkany i Turcję. Ponieważ kilku znajomych zdecydowało się odwiedzić Gruzję latem 2015 r., postanowiliśmy polecieć razem z nimi.

Pokrótce plan wyprawy:





Odwiedziliśmy następujące miejsca (jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej kliknij na nazwę miasta=link)-mnóstwo zdjęć!:

1. Tbilisi - stolica Gruzji

2. Batumi - kurort

3. Kutaisi - miasto Jazona i Medei

4. Sighnaghi - stolica wina

5. Mccheta - duchowa stolica Gruzji

6. Gori - miasto Stalina

7. Borjomi - komunistyczne uzdrowisko

8. Achalciche - twierdza

9. Wardżia - skalne miasto



                                                         Co zjeść i wypić


Gruzja słynie jako kraj rozkoszy podniebienia, tak przynajmniej twierdzą sami Gruzini. W rzeczywistości wypada to różnie. Ulubionym składnikiem jadłospisu jest tu jakoby mięso, smażone, pieczone, grillowane na różne sposoby. Ponieważ to również i moje ulubione smaki, nastawiałem się na prawdziwą „gruzińską ucztę” za niewielkie pieniądze. Pod tym względem mocno się zawiodłem. Jeden z naszych lokalnych przewodników, zresztą w drodze na zamówioną, jakoby typową i klimatyczną biesiadę, rozwodził się nad swoim własnym oraz rodaków upodobaniem do mięs. - „Gdy widzę zwierzę na czterech nogach, to traktuję je jak pieczyste” - stwierdził. Po takich zapowiedziach spodziewaliśmy się Bóg wie czego, a tu nie podano nawet skrawka mięsa! Na naszą nieśmiałą uwagę, przewodnik nie tracąc rezonu odparł: - „Ale macie przecież ryby!” - „A ja sądziłam, że podobnie jak u nas, w Kościele gruzińskim ryby jada się w poście” - odparowała trafnie Ada, która pochodzi z gór i przedkłada uczciwe pieczyste nad najlepszą rybę czy owoce morza. Cóż, prawda wygląda tak, że na turystycznych „ucztach” zawsze tego mięsa skąpili. Albo nie podawano w żadnej postaci, albo jako skromne porcje szaszłyka (nawet niezły, ale po pół „patyczka”na osobę). W restauracjach mięso też jest zwykle rarytasem, często występuje w formie połączonej z ciastem, jako pierogi lub zapiekanki. To właściwa specyfika kuchni gruzińskiej.

chinakali – oryginalne, gruzińskie pierogi z mięsem. Mięso, gotowane w twardym cieście, puszcza soki i wewnątrz pieroga pojawia się rosół. Broń Boże, nie wolno przebijać widelcem! Należy ująć w dłoń, odgryźć końcówkę i przez powstały otwór wypić ten mięsny wywar, dopiero później przystępujemy do konsumpcji właściwego pieroga. Są one sporych rozmiarów i potrawa jest bardzo sycąca, niektórzy ograniczają się więc do wypicia rosołu i spożycia samego nadzienia. Przyznam, że mnie osobiście ten przysmak zbytnio go gustu nie przypadł (nie lubię rosołu). Adzie przeciwnie, ale ona rosół uwielbia.

chaczapuri – rodzaj zapiekanki, solidna otoczka z ciasta, w której zawarto nadzienie – w różnej postaci, kuchnia gruzińska rozróżnia kilkadziesiąt rodzajów chaczapuri. Mnie smakowały wszystkie, których próbowałem

churchele – to jako słodka przekąska, oferowana na ulicach. Orzechy oblane sokiem z winogron zagęszczonym mąką. Wygląda to na oko nieciekawie i trochę ciągnie się jak guma, ale jest smaczne. Sprzedają to na patyku, jak lody.

nazuki – specyficzny rodzaj słodkiego chleba. Wypiekają go tylko w jednym regionie Gruzji, w okolicach miast Surami i Chaszuri (pomiędzy Gori a Borjomi). Kramy z tym chlebem można spotkać przy drodze pomiędzy tymi miejscowościami. Warto spróbować, choćby z ciekawości. Najlepszy ciepły, prosto z pieca.

Kupując nazuki...


                                                                                Napoje

Dumą Gruzji jest wino. Uważają się za wynalazców sztuki winiarskiej i może mają nawet rację (ślady archeologiczne wskazują na znajomość wina w tym regionie już przed 8 tys. lat). Wino gruzińskie jest też jakoby najlepsze na świecie, oczywiście, zdaniem Gruzinów. To już zdecydowana przesada. W czasach radzieckich winiarstwo dramatycznie podupadło. Masowo wytwarzano podejrzane mieszanki wody, spirytusu i zagęszczonego soku z winogron, które i tak w nieograniczonych ilościach znajdowały zbyt na obszarze ZSRR. Po co więc było się starać? Obecnie czyni się wysiłki celem odzyskania renomy. Owszem, wina gruzińskie są nawet smaczne, ale również bardzo drogie (w sklepach). Cenowo dorównują uznanym markom francuskim czy włoskim, co czyni ich zakup przedsięwzięciem wątpliwym z ekonomicznego punktu widzenia. Gorąco zachęcam natomiast do skosztowania wina domowej roboty, dostępnego na licznych małomiasteczkowych, wiejskich i przydrożnych bazarach. Może odstręczać opakowaniem (butelki pet) i osobą sprzedawcy (często staje się on żywą reklamą swego towaru), ale zazwyczaj jest bardzo smaczne i do tego tanie! Trzeba tylko koniecznie spróbować, czy aby już nie skwaśniało i potem nie zwlekać z konsumpcją (góra dwa dni). Domorośli winiarze nie używają siarczanów do powstrzymywania fermentacji. Wino przechowują tradycyjnie, w zakopanych w ziemi dzbanach, co zapewnia niską temperaturę i spowalnia proces. Po odlaniu do butelek i wystawieniu na sprzedaż, zwykle w pełnym słońcu, trunek wznawia fermentację i szybko kwaśnieje. Gorąco polecam!

Piwa występuję w licznych gatunkach i dają się wypić. Nie ustępują przeciętnym produktom polskim, czy nawet niemieckim. Ich minusem jest dość wygórowana cena, jak na kraj raczej ubogi, jakim jest Gruzja. Ceny na poziomie polskim właśnie, czy wręcz zachodnioeuropejskim. W sumie z pragnienia nikt więc nie padnie. Mnie osobiście przypadło do gustu piwo „Argo”, zarówno w wersji ciemnej, jaki i jasnej. Dla miłośników bardziej klimatycznych smaków polecam odwiedzenie którejś z budek z piwem usytuowanych zwykle przy większych, lokalnych targowiskach. Gatunek najczęściej nieznany, ale piwo zawsze zimne i smaczne. Nie dolewają tam wody, za to często raczą jeszcze gości z Polski domowym winem lub czaczą oraz chętnie wdają się w pogawędki. Cena bardzo niska, w przeliczeniu 1 -1,50 zł.

Wódka (winiak) czyli czacza. - To wręcz symbol Gruzji. Pędzą to wszędzie: czaczę z wytłoczyn winogron oraz tutowkę z owoców morwy (to na południu, w okolicach Achalciche i Waradżi). Jak dla mnie, obydwa specjały to paskudny bimber, dający niezłego kopa oraz jeszcze silniejszego kaca. Zapach też niepiękny. Zarówno czacza jak i tutowka znalazły jednak oddanych wielbicieli wśród naszej grupki. Domorośli wytwórcy sprzedają tanio te domowe wyroby na targach i przy drogach. Oczywiście, w sklepie też można kupić, ale tam zdecydowanie drożej.



                                                               Gruzini


Gruzja to kraj raczej ubogi. Państwowe pensyjki, a zwłaszcza emerytury, są dramatycznie niskie. Tym bardziej zadziwiły nas wysokie ceny w sklepach. Właściwie wszystkie podstawowe produkty żywnościowe: chleb, mleko, masło, ser, mięso itp. sprzedawano po bardzo wygórowanych cenach, zdecydowanie wyższych niż w Polsce! Wino i piwo także. Piwo, to jeszcze mogliśmy ewentualnie zrozumieć. Ale wino? W ojczyźnie winiarstwa, gdzie wszyscy smakują ten trunek? I w jaki sposób, przy takich cenach, ci ludzie wiążą koniec z końcem? To wyjaśniło się po kliku pogawędkach. W sklepach mało kto kupuje, głównie turyści oraz „bonzowie” z dużych miast. Cała reszta żyje „własnym przemysłem”. Każdy ma krewnych na wsi, którzy zaopatrują go w rożne produkty. Wino i czaczę też pędzą w domach. A jak już na zakupy, to na miejscowym targu, „u chłopa”. Tam o wiele taniej, a i towar „prosto z pola i od krowy”. Na tych targach zawsze kwitnie życie i można znaleźć to, czego akurat potrzeba. Wino, czaczę oraz tanie piwo w lokalnej knajpce lub budce także. Taka wizyta staje się często okazją do pogawędki. Gruzini lubią Polaków, sami zagadują, przepuszczają w kolejce po piwo czy kwas chlebowy, częstują czaczą lub winem. Chcąc sprawić gościom przyjemność, wychwalają ś. p. Lecha Kaczyńskiego, co zmusza niekiedy do zachowania milczenia na temat własnych poglądów politycznych. Znajomość angielskiego bardzo słaba, ale prawie wszyscy mówią dobrze po rosyjsku, zwłaszcza ludzie starsi. Tym zbiera się zwykle na wspominki, jak to „za Sojuza dobrze się żyło”. Może i ze swojego punktu widzenia mają rację. Cóż, to my przyjeżdżamy obecnie do Gruzji jako turyści i popijamy piwo w lokalnej, taniej knajpce, a nie odwrotnie. Zawsze jakaś satysfakcja po obejrzeniu tego, co dzieje się na rynku w Krakowie. I jeszcze piwo na tym rynku często „ochrzczone”.
Ta przyjaźń polsko-gruzińska nie zwalnia jednak od zachowania czujności. W żadnym innym kraju, nawet u Arabów, nie próbowano tak często oszukiwać nas przy wydawaniu reszty. Osobiście spotkałem się z czymś takim czterokrotnie w ciągu dwóch tygodni (pewnie zresztą wszystkich sytuacji nie wyłapałem). Raz poszło w knajpie o większą sumę. Zawsze okazywano oburzenie, jak możemy coś takiego podejrzewać i upominać się o swoje. A jeśli nawet, to nam się przecież należy, bo jesteśmy biedni. Nie ma to jak odwieczni chrześcijanie! W takich Chinach np. szkoda męczyć oczy i palce, zawsze wydadzą co do yuana. Gdy nawet raz czy drugi próbowałem wręczyć napiwek albo zrezygnować z reszty, nie pojmowali o co chodzi i po chwili wracali z należnymi pieniędzmi. Oczywiście, wcisnąć towar za niebotyczną cenę, to jak najbardziej. Ale cena raz już wytargowana jest święta.
Uważać należy też na drogach. W wielu krajach europejskich, ostatnio także w Polsce, wprowadza się niebezpieczne dla życia i zdrowia, nieracjonalne przepisy o pierwszeństwie pieszych wobec samochodów. To jawna głupota, stająca się źródłem wypadków. No bo kto, tak na zdrowy rozum, powinien bardziej uważać w trosce o własny, najlepiej pojęty interes? W Gruzji nikt takich idiotyzmów nie propaguje. Tu obowiązuje zdrowa, racjonalna zasada – im większy, cięższy i silniejszy pojazd, tym większe ma prawa oraz pierwszeństwo na drodze. Ile to razy widzieliśmy tiry wymuszające przejazd, zresztą w przeciwnym razie na tych krętych i wąskich często ścieżynkach wcale nie zdołałyby ruszyć i zablokowały trasę wszystkim innym. Oczywiście, pieszy znajduje się, na najniższym szczeblu tej hierarchii. Ale tu wszyscy o tym wiedzą, przekraczając ulicę czynią to z uwagą i maksymalnym pośpiechem. Nie ma mowy o świętych krowach, pakujących się na jezdnię z oczyma utkwionymi w ekranie smartfona i z słuchawkami na uszach. I jakoś nie zdarzają się masowe potrącenia.
Tak właściwie, to święte krowy jednak w Gruzji żyją. Tylko takie prawdziwe, czteronożne, z rogami i ogonem. Prawie wszyscy mieszkańcy wsi i miasteczek trzymają po kilka sztuk tych pożytecznych zwierząt. Z powodów wyżej opisanych. Wypasają je gdzie się da, najczęściej, bo za darmo, w przydrożnych rowach. Takie krówki spacerują sobie po poboczu, albo i na jezdni, bardzo często. To jedyna przeszkoda, która powstrzymuje rajdowe zapędy gruzińskich kierowców. Jeżdżą szybko, jak na prawdziwych dżygitów przystało, nie przejmując się za bardzo przepisami. Pieszymi też się nie przejmują. W końcu człowiek swój rozum ma i będzie uważał. A krówka niekoniecznie. I nieszczęście gotowe. Dlatego miejscowi w żartach nazywają krowy „naszymi kochanymi siostrami”. Podnoszą bowiem poziom bezpieczeństwa na drogach lepiej niż jakiekolwiek znaki i ograniczenia, czy też policyjne patrole. Te ostatnie otwarte są zresztą, jak powiadają, na brzęk monet albo lepiej, na szelest banknotów. Nikt się specjalnie nie dziwi i nie oburza. W końcu też muszą z czegoś żyć.

Na koniec obserwacja, która wprawiła nas w autentyczne osłupienie. Przy odlocie z portu lotniczego w Batumi okazało się, że całą odprawę przeprowadza się „ręcznie”, a dokumenty podróżne, listę pasażerów i całą resztę wypełnia przy pomocy długopisów! Panie uwijały się jak mogły, ale i tak trwało to wieki. Alfabet łaciński może, co prawda, sprawiać kłopoty. Gruzja ma własne pismo, obecnie silnie propagowane, nazywane tu żartobliwie „loczkami Pana Boga” - bo jakoby sam Bóg je Gruzinom ofiarował. Związek Radziecki upowszechniał z kolei cyrylicę. W ten sposób przekonaliśmy się, że prawdziwą egzotykę oraz elementy czwartego (bo nawet nie trzeciego) świata można znaleźć w zasięgu ręki. Co pocieszające, nie tylko i niekoniecznie w Polsce.

kliknij by przejść do zdjęć i szczegółowych opisów zwiedzanych miejsc

poniedziałek, 10 lipca 2017

Dni gminy Tarnowo Podgórne 01.07.2017


W sobotę rano 1.07.2017, nie mając planów na sobotni wieczór, postanowiliśmy poszperać po internecie. Ku naszemu zaskoczeniu pojawiły się dwie propozycje: jedna to koncert Agnieszki Chylińskiej przy okazji obchodów Dni Gminy Dopiewo, a druga to wystąpienie Wilków w ramach Dni Gminy Tarnowo Podgórne. Nie wiem, dlaczego, u licha, zorganizowali to w tym samym dniu i o tej samej godzinie, ale cóż zasad rywalizacji lokalnych włodarzy nie pojmie swym umysłem przeciętny mieszkaniec. A nie mogliby tak stanąć np. do pojedynku na kopie i w taki sposób dostarczyć suwerenowi (czyli ludowi = wyborcom) dodatkowej rozrywki? Ponieważ jednak trzeba było wybierać, bardziej przypadły nam do gustu Wilki i postanowiliśmy udać się do Tarnowa Podgórnego. Mam sentyment do tego zespołu jeszcze z dzieciństwa, nawet zbierałam kasety z ich utworami. A "Jeruzalem płonie w oddali" to jedna z ulubionych przyśpiewek Zbycha przy.... goleniu :D.  A oto krótka relacja fotograficzno  - filmowa z tego przemiłego wieczoru.


Robert Gawliński podczas występu
Podczas koncertu zjedliśmy kolację, umilając sobie czas piwkiem , a wszystko dzięki naszej koleżance Ewelinie (na zdjęciu), która zgodziła się zawieźć nas na imprezę - Zbyszko na jej cześć pochwalne peany śpiewał całą niedzielę :D) 
A na zakończenie pokaz sztucznych ogni. Muszę przyznać, że była to całkiem zacna propozycja na sobotni wieczór. Okazuje się, że jak dobrze poszukać to można miło spędzić czas w okolicach domu :D