wtorek, 25 lipca 2017

Biwakowanie w Skandynawii miejsca, które polecamy.

Na samej północy Europy
Noclegi w Szwecji, Finlandii, a zwłaszcza w Norwegii są, niestety, bardzo drogie. Nie tylko zresztą na polską kieszeń, także dla przedstawicieli innych, bogatszych nacji europejskich. Z kolei sami Skandynawowie uwielbiają campingi. Zorganizowanych, wyznaczonych pól biwakowych oraz campingów jest bardzo dużo, warunki są w nich zazwyczaj dobre, ale i ceny pobytu raczej wysokie. Niekiedy wymaga się też dodatkowo posiadania specjalnej karty uprawniającej do korzystania z tych miejsc. Jej wyrobienie jest także jednorazowo płatne. Z tego powodu, wybierając się na objazd Skandynawii z namiotem, postanowiliśmy rozbijać się „na dziko”. To tutaj powszechna praktyka, dozwolona prawem. Można biwakować np. w parkach narodowych oraz na gruntach prywatnych (jeżeli w pobliżu domu, należy zapytać o zgodę właściciela – zwykle nikt nie odmawia). Nie wolno rozbijać się tylko na gruntach uprawnych oraz przy samych parkingach. Co prawda, w tych drugich miejscach też niejednokrotnie widzieliśmy namioty i raczej nikt się „nie czepiał”, ale biwakowanie na parkingu uchodzi jednak za coś w złym tonie. Ostatecznie, Skandynawowie wybierają nocleg pod namiotem dla kontaktu z naturą, a nie celem prozaicznego oszczędzenia na kosztach hotelu! Trzeba więc trzymać fason i też uchodzić za miłośnika przyrody. Prawdę mówiąc, pomimo tych udogodnień prawnych, znalezienie dobrego miejsca na biwak wcale nie jest takie proste. Dla naszych potrzeb powinno być ono ustronne (w końcu chcemy rano wypełznąć nago z namiotu i umyć się), mieć dostęp do wody (kąpiel, ablucje, zmywanie naczyń) oraz oferować możliwość dojazdu i zaparkowania samochodu. To warunki trudne często do spełnienia, zwłaszcza w Norwegii. Znajdziemy tam mnóstwo wody (fiordy, rzeki, jeziora), ale zwykle o wysokich, stromych brzegach. A gdy już trafi się jakiś zjazd, to zazwyczaj prowadzi prosto do czyjegoś, ulokowanego nad wodą domu. Dość często właściciele pustych, atrakcyjnych placów czy łąk nad wodą stawiają nadto znaki i tablice, zakazujące biwakowania. Nie próbowaliśmy, co prawda, sprawdzać, czy te zakazy są w jakikolwiek sposób egzekwowane. Do tego bardzo liczne kampery turystyczne zajmują wczesnym wieczorem wszystkie oczywiste miejsca. Gdy ktoś, tak jak i my, korzysta z „białych nocy”, jedzie długo i szuka noclegu o północy, staje się to problemem. Poniżej podaję kilka miłych miejsc biwakowych, które udało nam się znaleźć i wykorzystać podczas naszej podróży. Wszystkie spełniają najważniejsze warunki: ustronność, dostęp do wody, dojazd i zaparkowanie samochodu. Polecamy.
Całkiem przyjemne miejsce na biwak nad Zatoką Botnicką
Z dogodnym dostępem do plaży
Od drogi osłania nas solidna zasłona drzew.
Szwecja (nad Zatoką Botnicką, podążając ku kręgowi polarnemu) – jadąc drogą E-4 ze Sztokholmu na północ przejeżdżamy przez miasto Umeå. Równo na 39 km. za tą miejscowością trafiamy na odbicie w prawo bocznej, asfaltowej szosy, prowadzącej do wsi Ratan (jest drogowskaz). Trzeba przejechać ok. 9 km. Kilkaset metrów przed osadą (tzn. przed tablicą z nazwą) widzimy po prawej oficjalne pole biwakowe. Na jego wysokości, po lewej, znajduje się las. Za mniej więcej stumetrowym pasem drzew odnajdujemy miłą, trawiastą polanę, wychodzącą prosto na piaszczystą plażę Zatoki Botnickiej. Można do niej dojechać zwykłym samochodem, leśnym duktem, zachowując elementarną ostrożność. Droga odbija w las (w lewo) nieco przed polem biwakowym. Na polanie przygotowano miejsce na ognisko, wzniesiono drewnianą, ogólnie dostępną ubikację (czystą i zadbaną) oraz obszerny, również drewniany budynek przebieralni. Może on posłużyć za przydatne schronienie na noc w razie deszczu. Dobry dostęp do morza. Jedynym minusem są stada komarów, ale w tych okolicach, wiosną i latem, to powszechna plaga.
Finlandia nad Jeziorem Trzech Tysięcy Wysp

Przygotowano nawet miejsce na ognisko
Finlandia (w Laponii, nad Jeziorem Trzech Tysięcy Wysp) - dojeżdżamy drogą nr 4 do miasteczka Ivalo (ok. 300 km. na północ od kręgu polarnego i Rovaniemi), stąd szosa wiedzie do Inari (turystycznego centrum Laponii). Zanim jednak tam dojedziemy, ok 10 km za Ivalo, po prawej ukazuje się rozległa przestrzeń wspomnianego wyżej jeziora. Mniej więcej 300 m. wcześniej odchodzi również w prawo droga leśna, która niemal natychmiast rozgałęzia się na dwie odnogi. Obydwie prowadzą do miłych miejsc nad wodą, oddalonych od głównej szosy o ok. 100 m. Bez problemu wjedzie tam samochód osobowy. Miejscowi przyjeżdżają tam na ryby, ale jest kilka odrębnych placyków przydatnych do biwakowania, więc zwykle znajdzie się coś wolnego. Przygotowano miejsca do rozpalenia ognia, dobry dostęp do wody, piękna panorama jeziora otoczonego lasem. Jedyny minus – woda lodowata, ale to przecież Laponia!
Wspaniałe widoki fiordu Holmen dostępne po wyjściu z namiotu 
Prawda, że uroczo?
Norwegia (pomiędzy Alta i Tromsø, w pobliżu fiordu Øksfjord i lodowca Øksfjordjøkelen) – z miejscowości Saltnes nad wspomnianym fiordem wyruszają wycieczki łodzią do czoła lodowca, schodzącego tam do wody. Dojazd drogą nr 365, odbijającą w prawo od głównej szosy nr 6 przed wsią Alteidet. Niestety, wzdłuż całej drogi nr 365 (ok. 10 km.), a także w samym Saltnes nie udało się znaleźć dobrego miejsca na biwak. W Alteidet znajduje się camping, oczywiście płatny. Jeżeli jednak wrócimy na drogę nr 6 i pojedziemy dalej, to ok. 1 km. za wsią trafimy na odcinek, w którym szosa schodzi ku wodom fiordu Holmen (połączonego z Øksfjordem). Po prawej stronie znajduje się niewielka, przydrożna zatoczka (nawierzchnia gruntowa, ale ubita), w której zmieści się samochód. Obok wygodne zejście na nadbrzeżną łąkę. Mamy tu ruiny jakiegoś pomostu, zapewne dlatego poprowadzono niegdyś wspomniany zjazd. Obecnie nie polecam jednak próby forsowania zwykłym samochodem. Lepiej zostawić auto przy drodze we wspomnianej zatoczce i znieść sprzęt biwakowy (15 – 20 m.). Od strony drogi (nocą mało uczęszczanej) osłaniają zarośla, wieś Alteidet (widoczna za wodą) jest na tyle odległa, że można się nią nie przejmować. Zaletą tego biwaku są rewelacyjne widoki ośnieżonych gór schodzących do fiordu oraz dobre drewno na ognisko, pochodzące z wyrzuconych na brzeg resztek pomostu.
Miejsce tuż pod mostem w Salstraumen
I widok na piętrzące się wody prądu pływowego tuż po wyjściu z namiotu.
Norwegia (Salstraumen w pobliżu Bodø) – Salstraumen to miejsce, w którym występują najsilniejsze na świecie prądy pływowe. W tamtejszej cieśninie, dwa razy na dobę ścierają masy wód pchanych odpływami i przypływami morza. Można to obserwować z bardzo wysokiego mostu przerzuconego nad cieśniną, z wynajętej łodzi, oraz z punktu widokowego, usytuowanego pod samym mostem, na wschodnim brzegu przesmyku. Jadąc drogą nr 80 z Fauske w stronę Bodø nie dojeżdżamy do samego miasta lecz odbijamy w lewo na szosę nr 17 (przed miejscowością Løding) i podążamy prosto do oddalonego o ok. 10 km. Salstraumen. Wspomnianego mostu na pewno nie da się przeoczyć. Jest bardzo długi i wysoki. Można stanąć i przyjrzeć się okolicy. Gdzie jednak szukać miejsca na biwak? Jeszcze przed mostem, w prawo odbija zjazd do usytuowanego pod filarami parkingu oraz sąsiedniego campingu (płatnego, rzecz jasna). Warto się tam zatrzymać celem odnalezienia tablicy z wywieszonymi, aktualnymi godzinami występowania wspomnianych pływów (są zmienne). Przy okazji rozpoznajemy okolicę Po lewej stronie wyniosłego filaru (patrząc od strony, z której nadjechaliśmy z Fauske) prowadzi z parkingu gruntowa, ale dobrze utrzymana droga do kilku domów. Zatacza ona łuk w prawo, przechodząc pod mostem. Podążając nią dalej, trafiamy na spory budynek publicznej toalety (bardzo porządnej i czystej), tutaj skręcamy w lewo, prosto ku cieśninie oraz kolejnemu filarowi. Omijamy jeszcze jeden domek i oto jesteśmy na punkcie widokowym pod samym filarem, na brzegu przesmyku. Można bez problemu zawrócić i zaparkować auto. Tu właśnie się rozbiliśmy, pod mostem, tuż przy wodzie, obok przygotowanego dla turystów stołu z ławami. To miejsce to publiczny park, dostępny dla wszystkich. Plusy: doskonały widok na prąd pływowy, wystarczy nastawić budzik, wypełznąć z namiotu i już jesteśmy na punkcie obserwacyjnym, obok stolik przy którym można wygodnie zjeść, w pobliżu wspomniany sanitariat. Biwakowaliśmy tam dość długo, zaspaliśmy i czekaliśmy na drugi przepływ (silniejszy zresztą, jak się okazało) prądu pływowego. Przyszło wielu turystów, nikt się nie zdziwił widokiem naszego namiotu.
Domek, na tarasie którego spędziliśmy komfortowo deszczową noc.
Prawda, że miłe miejsce gdy wokół ulewa a my chcemy spędzić noc pod namiotem?
I do tego można poimprezować bez obawy zmoknięcia :D
Norwegia (u podnóża lodowca Svartisen) – jedziemy drogą nr 6 na północ od miasta Mo i Rana (to dwie połączone miejscowości, stąd taka dziwna nazwa), po ok. 13 km. we wsi Røsvoll skręcamy w lewo. Drogowskazy kierują zarówno na lodowiec, jak i na lotnisko, usytuowane przy drodze. Lotnisko mijamy i podążamy ok 25 km. dobrą szosą za znakami kierującymi na Svartisen-Austerdalsisen (to nazwa jednego z jęzorów oraz pobliskiego jeziora). Droga wiedzie wzdłuż rzeki, można tam znaleźć niezłe miejsca na biwak. Ominęliśmy jednak wszystkie z powodu kiepskiej pogody (siąpił deszcz), licząc na coś lepszego na końcu trasy. Droga doprowadza do jeziora Svartisvatnet, po którym raz dziennie o 12.00 (powrót 15.00) pływa łódź do miejsca startu szlaku wiodącego do podnóża lodowca (130 koron). To jedyny, wygodny sposób dotarcia do jęzora, szlak pieszy wzdłuż brzegu (ok. 3 km.) jest bardzo podmokły, poprzecinany licznymi rzeczkami i strumieniami. Zdecydowanie odradzam, może poza suchym sierpniem. Obok przystani zorganizowano coś w rodzaju prywatnego campingu. Oferuje on jedynie miejsce, ubikację oraz kran z wodą. Postawienie samochodu i rozbicie namiotu kosztuje 70 koron. Pieniądze zbiera właścicielka, która przychodzi w tym celu ok. godz. 21. Bardzo sympatyczna, ale stwierdziła, że nie lubi piwa, gdy zaproponowaliśmy jej czteropak z Polski jako opłatę (warty tutaj zdecydowanie więcej niż 70 koron). Jej mąż, który steruje wspomnianym stateczkiem, złocistym trunkiem zapewne nie gardzi (spoglądał dość pożądliwie, gdy popijaliśmy wracając spod lodowca), ale i tutaj pieniądze kasuje szefowa. Może nie bez powodu. W każdym razie, zgodziła się, gdy spytaliśmy, czy możemy rozbić namiot na obszernej, zadaszonej werandzie drewnianego budynku z napisem Svartiskiosken (na samym końcu drogi). To chyba jakiś bufet, ale aktualnie (czerwiec 2017 r.) nieczynny. Doskonałe miejsce na biwak! Chyba najlepsze na które trafiliśmy. Mieści się wygodnie akurat jeden namiot, można rozstawić stolik, krzesełka, kuchenkę gazową itp. Rozpadało się solidnie, a my nic sobie z tego nie robiliśmy! Wzbudziliśmy nawet zazdrość pary młodych Francuzów, którzy spytali, czy także zmieszczą się z namiotem. To akurat okazało się niemożliwe, przyjęli jednak zaproszenie na wspólną kolację, wzbogaconą Żywcem, żubrówką z sokiem jabłkowym oraz specjalną czekoladą z Lyonu. Następnego dnia udaliśmy się statkiem na zdobywanie lodowca, pozostawiając rozbity namiot i suszące się na werandzie rzeczy. Zwinęliśmy to wszystko po powrocie, nikt nie miał nic przeciw. Warto skorzystać z tego miejsca w razie złej pogody. Oczywiście, trzeba uprzednio zapytać szefową o pozwolenie. Taki dach nad głową wart jest 70 koron!
U podnóża lodowca Briksdalbreen nocleg nad malowniczym strumieniem
Z drugiej strony w oddali widoczny jęzor lodowca
Miejsce całkiem sympatyczne (widok z samochodu tuż przed odjazdem, namiot już był zwinięty ale po lewej widoczna łąka przy mniejszym strumyku)
Norwegia (u stóp lodowca Briksdalbreen) – wspomniany lodowiec jest największym w Norwegii, a jęzor schodzący do doliny Oldedalen i malowniczego jeziorka należał do najpiękniejszych w swoim rodzaju. Należał, gdyż kilka lat temu runął w połowie wysokości i obecnie urywa się na zboczu. Proces rozpadu i topnienia trwa nadal (podczas ok. półgodzinnej bytności widzieliśmy dwa niewielkie „oberwania” lodu). Warto się więc pospieszyć, aby zobaczyć to, co jeszcze zostało. Do tego jęzora jedziemy z miejscowości Olden, raczej wąską, ale dobrze utrzymaną drogą Fv 724. ten lodowiec to tutaj główna atrakcja, do Olden podpływają fiordem wielkie statki turystyczne, z miasteczka wyruszają autobusy oraz dziecięce kolejki. Odległość wynosi ok 20 km. Po drodze mnóstwo campingów (płatnych), które zajmują właściwie wszystkie dogodne do biwakowania miejsca. Na końcu drogi płatny parking (50 koron) i kolejny camping. Stamtąd można podjechać do jeziorka meleksem (250 koron za wynajęcie pojazdu) albo podejść pieszo (trasa łatwa, za to malownicza). Gdzie jednak rozbić się z namiotem? Droga z Olden wiedzie wzdłuż kolejnych jezior połączonych rzeką. Trudno tam jednak trafić na dobre miejsce. Byliśmy już mocno zaniepokojeni, gdy wreszcie uśmiechnęło się do nas szczęście ok. 1 km. przed końcowym parkingiem. Szosa prowadzi tu lasem, po lewej stronie płynie rzeka. I właśnie po lewej stronie trafiamy na dziki zjazd na małą, nadrzeczną łąkę. Mam wrażenie, że miejscowi biorą stamtąd kamień budowlany. Zjazd został zablokowany kilkoma sporych rozmiarów głazami (potrzeba buldożera, aby je ruszyć), ale można „przytulić” do nich samochód osobowy w taki sposób, by otworzyć drzwi oraz zostawić swobodny przejazd drogą. Wymaga to odrobiny kombinowania, ale jest wykonalne. Tak też uczyniliśmy, rozbijając następnie namiot nad samą rzeczką – dodatkowo uchodzi do niej w tym miejscu niewielki strumień, w którym można dokonać ablucji oraz umyć naczynia. Główna rzeka, płynąca od lodowca, ma zbyt silny nurt, by do niej wchodzić. Plusem tego miejsca są wspaniałe widoki oraz kojący szum wody. Minusy to częste od samego rana przejazdy autobusów wycieczkowych (zarośla trochę osłaniają) i zimne powiewy wiatru od strony lodowca. Woda, rzecz jasna, lodowata.

Kilka kilometrów od tego miejsca znaleźliśmy nasze miejsce
biwakowe, położone nad przepływającym poniżej strumieniem.
Norwegia (Borgund) – w Borgund znajduje się pochodzący z XII w. drewniany kościół słupowy, w typowym, norweskim stylu. To chyba najpiękniejszy przykład tego typu budowli w całym kraju (moim zdaniem, rywalizować z nią zdolna jest tzw. „świątynia Wang” w Bierutowicach, o ile można uznać ją nadal za autentyczną, po przeniesieniu w XIX w. z Norwegii właśnie). Wejście 50 koron (w tym bilet do pobliskiego muzeum), otwarte do 20.00. Po zwiedzaniu ruszamy w stronę miejscowości Flåm, słynnej ze swojej poprowadzonej przez góry linii kolejowej. Wypływają też stamtąd statki wycieczkowe oferujące rejsy po okolicznych fiordach. Obydwie atrakcje godne polecenia, chociaż do tanich nie należą (po ok. 400 koron). Odległość z Borgund do Flåm to ok. 50 km, ale z tego 24 km. to najdłuższy w Norwegii tunel. Miejsce na biwak trzeba więc znaleźć wcześniej! Nowa droga (E 16) wiedzie głównie zboczem góry, trudno tam o odpowiedni zjazd. Dlatego ruszyliśmy z Borgund tzw. starą drogą (nr 630). Wąska, kręta, bardzo malownicza, wiedzie przez wąwóz rzeki. Przez dłuższy czas tu również nic się nie trafiało, napotkaliśmy wprawdzie dwa parkingi, ale zawalone kamperami i pozbawione dostępu do wody, bulgoczącej gdzieś niżej, wśród skał i zarośli). Minęliśmy pierwszy zjazd na wspomnianą E 16. Ponieważ „nasza” stara droga wiodła dalej, pozostaliśmy jej wierni. Nadal nic, 630-stka definitywnie znalazła swoje ujście w nowej E 16, a miejsca na obozowisko nadal brak. Poczuliśmy się prawie oszukani, gdy okazało się, że w miejscu zejścia się obydwu dróg odbija wzdłuż E 16 dróżka gruntowa, nadal wiodąca brzegiem rzeki! Niepozorna, porośnięta trawą, ale twarda i przejezdna. Nie ryzykując, udaliśmy się na zwiad pieszy. I oto po ok. 200 m. natrafiliśmy na rozszerzenie dróżki, coś w rodzaju zatoczki, wcinającej się w nasyp E 16. Miejsce to jest porośnięte trawą, można tam swobodnie zawrócić i zaparkować samochód, rozbić namiot, rozpalić ognisko. Przez zarośla prowadzą dwie ścieżynki do odległej o ok. 10 m. rzeki. W miarę wygodne dojście do wody. Zatrzymują się tutaj zapewne wędkarze. Droga prowadzi dalej, ale nie sprawdzaliśmy już dokąd. Pewnym minusem są przejeżdżające górą samochody. Wyniosły nasyp nie daje jednak wglądu w teren biwaku, a nocą ruch nie jest duży.
Widoczek po wyjściu z namiotu podczas biwakowania w pobliżu Fredrikstad
I nasz namiocik rozbity tuż nad brzegiem jeziora.
Norwegia (w pobliżu Fredrikstad) – to już południowo-wschodnie krańce Norwegii, niedaleko granicy szwedzkiej. Stanęliśmy tutaj obozem na brzegu jeziora Visterflo. Wzdłuż jego zachodniego brzegu wiedzie droga nr 112 z Greåker, przez Rostadneset do zjazdu nr 9 z autostrady nr E 6. Rozbiliśmy się przy pierwszych zabudowaniach Rostadnest. Znajduje się tam sporych rozmiarów piaszczysty plac, na którym postawiono kilka hangarów dla łodzi. Można jednak podjechać do miejsca, w którym linia drzew i zarośli schodzi do wody. Osłaniają one w znacznym stopniu od drogi oraz kilku pierwszych domostw, oddalonych zresztą o ok. 300 m. Dogodne dojście do jeziora. Miejsce może nie tak piękne jak te w dzikich górach, przy lodowcach czy na wybrzeżach fiordów, ale znośne. Łatwo stąd dojechać zarówno do Fredrikstad (miasta twierdzy z XVII-XVIII w.) jak i do autostrady E 6, by kontynuować nią podróż do Oslo czy w przeciwnym kierunku, do Goeteborga.
Urocze domki hobbitów na campingu Gjerdset Turristsenter niedaleko Drogi Trolli
Widok z domków na okolicę również przyzwoity.
Po południu można się zrelaksować w jacuzzi.
Śniadanie w takim miejscu smakuje wybornie.
Norwegia (camping Gjerdset Turristsenter w pobliżu Drogi Trolli) – Trollstiegen, czyli Droga Trolli, a właściwie droga nr 63 z Ǻndalsnes do fiordu Geiranger oraz wodospad Stigfossen, który ten trakt przekracza, to jedno z najsłynniejszych miejsc w Norwegii. Szosa wspina się kilkunastoma zakosami na niebotyczną wysokość zboczem stromej doliny. Droga zamknięta jest dla ruchu w miesiącach zimowych. Przejazd dostarcza niezapomnianych wrażeń. W tym celu warto poczekać na dobrą pogodę, a przynajmniej na dziurę w chmurach. Ponieważ gdy przyjechaliśmy do Ǻndalsnes lało jak z cebra, chmury zasłaniały szczyty oraz przełęcze, postanowiliśmy odłożyć dalszą podróż o jeden dzień. Nie było sensu szukać miejsca na biwak, zresztą co jakiś czas trzeba skorzystać z udogodnień cywilizacji by dokonać niezbędnych, gruntownych ablucji. Zaczęliśmy rozglądać się na necie za jakimś campingiem. Jest ich w pobliżu bardzo dużo, odpowiednio jednak drogich. Tymczasem na booking.com znaleźliśmy ofertę noclegu w tradycyjnym domku-beczce za 200 zł. Jak na Norwegię, cena bardzo niska. Dodatkowo zachęciła nas dostępność opalanego drewnem jaccuzi na świeżym powietrzu. Po 20 min. meldowaliśmy się już w ośrodku Gjerdset Turristsenter nad jeziorem Gjerdsetvatnet – drogą nr 64 z Ǻndalsnes wokół fiordu (ok. 15 km.). Miejscowość leży nieco na uboczu, stąd zapewne niższa cena. Warunki bardzo dobre, domek oryginalny kształtem, cieplutki, we dwójkę mieliśmy mnóstwo miejsca, bez problemu zmieściłyby się także cztery osoby. Sanitariaty, WC, prysznice, kuchnia polowa – wszystko na wysokim poziomie. I, oczywiście, wspomniane jaccuzi, pod daszkiem rzecz jasna, które właściciel rozpalił na nasze życzenie. Ok. 15.00 zlegliśmy już w tym miejscu, podziwiając widoki (tzn. licząc na to, że wiatr przegna wreszcie deszczowe chmury), popijając Warkę Strong oraz integrując się z parą turystów z Niemiec (Warka Strong okazała się nader przydatna). Ponieważ Droga Trolli jest dość często zasnuta chmurami, to miejsce warte zapamiętania.

piątek, 21 lipca 2017

Ostatnie dni w Pekinie. Afera piknikowego noża i przeciąganie liny


U wejścia do Cesarskiego Pałacu Letniego

Szanghaj pożegnał nas deszczem, Pekin wita o poranku pięknym słońcem. Wszystko w stolicy Państwa Środka mamy już zaklepane. Wiemy, jak dostać się do hotelu, wiemy, co chcemy jeszcze zobaczyć (Letni Pałac Cesarski), wiemy, jak tam dojechać, wiemy, w których knajpkach zjeść lunch, a potem obiad. Ponieważ Ada zrezygnowała już z planów zakupowych, wydaje się nam, że mamy mnóstwo czasu. Powolne przemieszczanie się zatłoczonymi korytarzami dworca Pekin Południowy i szukanie wejścia do metra nie osłabia niewczesnego entuzjazmu. Oto nasza stacja, oto nasz hutong, oto nasz hotel. Tym razem przydzielają dość kiepski, niewielki pokój, ale co tam. To tylko na jedną noc, szkoda czasu na wykłócanie się i ewentualną zamianę. Chcemy jeszcze tylko odebrać pozostawionego przed trzema tygodniami laptopa i mój nieszczęsny nóż „myśliwski”. Uczynny i obrotny młodzian w recepcji mówił wprawdzie, że tę sprawę należy załatwiać tylko z nim, gdy pojawi się na swojej zmianie, ale w naszej głupocie lekceważymy tę prośbę i zwracamy się do jego obecnego akurat kolegi. Ten zdaje się nie wiedzieć, o co chodzi. Po dłuższej rozmowie przy pomocy komórkowych translatorów wyjaśniamy nasz problem. Zostawiliśmy tu przed osiemnastoma dniami na przechowanie laptopa i nóż, teraz chcemy odebrać ten pakunek, oto kwit! Recepcjonista, też młody chłopak, ale zdecydowanie mniej lotny, odnajduje naszą paczkę. Już myślimy, że po sprawie, ale on nadal ma jakieś wątpliwości. - Tak, chodzi o laptopa i nóż – powtarzamy nieopatrznie, a Chińczyk przegląda zawartość pakunku, ukazując te przedmioty. Laptop jeszcze ujdzie, ale zanim wspomnieliśmy o nożu, powinniśmy byli ugryźć się w język, albo może lepiej od razu odciąć sobie ten narząd tymże właśnie ostrzem. Jesteśmy przecież w Chinach, a to „bardzo dziwna kraj”, o czym mamy się teraz okazję przekonać. Chłopak zwleka z wydaniem paczki, w końcu tłumaczy niejasno, że musimy zaczekać. Na co? Rozmowa przy pomocy translatorów grzęźnie. W końcu machamy ręką. Skoro mamy zaczekać, może z pół godziny, jak powiedział, to tymczasem zajrzymy do marketu przy sąsiedniej ulicy? Wychodzimy i beztrosko oddajemy się zakupom piknikowym, zajmuje to raczej godzinę, niż 30 min.
Nadchodząc z zakupami, nie zwracamy nawet uwagi na policyjny radiowóz zaparkowany na hotelowym dziedzińcu. Dopiero widok czterech umundurowanych stróżów prawa deliberujących nad czymś przy recepcji i obracających w dłoniach nasz nieszczęsny nóż (firma Muela, dobra, hiszpańska stal z Toledo i Salamanki, ale ostrze zaledwie 10-centymetrowe) zaczynamy rozumieć, że mamy kłopoty. Patrol przyjechał z naszego powodu, wezwany przez młodego recepcjonistę, który odkrył tak podejrzany, niebezpieczny przedmiot, może narzędzie planowanego zamachu, przechowywany, o zgrozo, w hotelowej recepcji! Stajemy się obiektem przesłuchania. Bardzo dziwnego, bo też odbywanego przy pomocy komórkowych translatorów! - Czy ten nóż przywieźliśmy z Polski, czy kupiliśmy w Chinach? Jeżeli z Polski, to w jaki sposób? Do czego jest nam potrzebny i dlaczego zostawiliśmy go w hotelu? Jak długo planujemy pozostać w Chinach i co zmierzamy tutaj robić? I tak dalej i tak dalej. Jestem już pewien, że to narzędzie zbrodni zostanie na miejscu skonfiskowane i będziemy mieli szczęście, jeżeli nas nie aresztują, gdy oto mrok rozprasza promyk nadziei. - Nóż zostanie w recepcji – decyduje dowódca patrolu. - Skoro jutro wyjeżdżacie, to pracownicy zwrócą go wam bezpośrednio przed opuszczeniem hotelu. Ale musicie udać się prosto na lotnisko (sprawdzają naszą rezerwację) i to koniecznie taksówką. Do metra czy autobusu nie wolno wam z tym wejść! - Ponieważ i tak postanowiliśmy już wziąć taksówkę (z powodu narastającej liczby i objętości bagaży oraz braku ruchomych schodów na wielu przesiadkowych stacjach metra), nie protestujemy. Prosimy tylko w recepcji o zamówienie tej taksówki, skwapliwie potwierdzają. - Tak, jutro o 9.00, cena to 200 yuanów (ok 120 zł) – W sumie standardowa za taki kurs (co wiemy z neta i przewodników). Policja wreszcie odjeżdża, a my oddychamy z ulgą. Na tej absurdalnej sprawie straciliśmy ponad dwie godziny i nadszarpnęliśmy nerwy. I tak jednak potraktowano nas zapewne ulgowo. Dziwaczni cudzoziemcy, skoro już wyjeżdżają, to niech sobie jadą. Co najwyżej, zamordują taksówkarza! Życie przedstawicieli tej profesji nie jest tutaj cenione zbyt wysoko, oto kolejny dowód. Mamy tylko nadzieję, że uczynny młodzian, który przyjął nasza paczkę na przechowanie, a którego zalecenia tak głupio zlekceważyliśmy, nie miał z powodu tej afery nieprzyjemności. Tego już się nie dowiemy.
Przeciąganie liny czyli rozrywka personelu medycznego po chińsku :P
Robi się późno, trochę zdenerwowani ruszamy pieszo przez sąsiedni hutong w stronę placu Tian'anmen, na uliczkę z pierogarniami. I oto, po drodze, trafiamy na kolejny widok, możliwy do ujrzenia chyba tylko w Chinach. Tu często ludzie tańczą na placach i w parkach, uprawiają zbiorową gimnastykę, ćwiczą jakieś układy choreograficzne albo pozycje sztuki walki. Już o tym pisałem. Ale oto w wąskiej uliczce hutongu napotykamy sporą grupę pracowników miejscowej przychodni. Ubrani w białe kitle, lekarze, pielęgniarki, zapewne rejestratorki, sprzątaczki i cały personel. Podzielili się na dwie grupy, ujęli w dłonie szorstką, grubą linę.
Uwaga! Start!
Sędzia wyznaczył punkt środkowy, daje znak. I ciągną, ciągną! Nie potrafię się oprzeć, dopadam wolnego końca liny, zapieram się nogami, ciągniemy wspólnie! Nowi koledzy i koleżanki z drużyny przyjmują to radośnie, publiczność także. Ciągniemy zajadle do wtóru podających rytm okrzyków, pociągnąć i odstawić stopę w tył, zyskać kilkanaście centymetrów. Początkowo idzie dobrze, mamy ponad metr przewagi! Upojeni tym sukcesem, pewni już wygranej, tracimy impet oraz rewolucyjną czujność. Przeciwnicy to wykorzystują i nagle... Silne szarpniecie, nie do odparcia! Lecimy do przodu, czołówka drużyny wpada na linię środkową. Przegraliśmy, przeciągnęli nas...
I...ciągniemy... ja na końcu...
Ale śmiechu i zabawy nie brakuje. Tak załoga miejscowej przychodni spędza czas przerwy na lunch. Prawda, że pożyteczniej niż na kiszeniu się we własnym sosie, plotkowaniu, narzekaniu na lekarzy albo na pielęgniarki (to w zależności od przynależności zawodowej narzekającego), albo też na dyrektora, fundusz zdrowia, ministerstwo, przepisy i pacjentów (to wszyscy razem i zgodnie). Można by chińskie zwyczaje przenieść do Polski. Ruch to zdrowie. A żeby pobudzić do prawdziwej walki, takie przeciąganie liny mogłoby decydować o przyznaniu kontraktu albo zaliczeniu placówki do tej tworzonej ostatnio przez rząd sieci, o której tyle się mówi i która wzbudza tyle emocji (I połowa 2017 r., podaję datę, bo reformy w służbie są tak szybkie, że za dwa lata nikt może o tej sieci nie pamiętać, ale zawsze znajdzie się coś, o co można powalczyć i linę przeciągać).
W drodze przez hutong na pierogi...
Przynajmniej jasne zasady, a związki zawodowe mogłyby szkolić i wystawiać drużyny „gladiatorów” do tej rywalizacji, zamiast wozić ich do Warszawy na demonstracje! Chociaż, właściwie, to tam też mogliby linę przeciągać. Na przykład z aktualnym ministrem i jego ekipą. W sumie, niewiele się to różni od tego, co robią obecnie.
Przyjemnie zrelaksowani, sami udajemy się na lunch, pierogi z piwem. A potem metrem do Letniego Ogrodu Cesarskiego (stacja Beigongmen, linia nr 4). Przejazd z centrum trwa prawie godzinę, odległość spora. Stacja usytuowana jest, wyjątkowo tuż przy wejściu (40 yuanaów), ale sam pałac i otaczający go park ogromny! Co prawda, pięknie położony, na wzgórzu, a raczej na całym grzbiecie, skąd rozpościera się wspaniały widok na rozległe jezioro (też część parku), upstrzone wysepkami, poprzecinane groblami i mostkami. Zwykle można tu wynająć rower wodny, ale tego dnia (chociaż słonecznego) wieje jednak dość silny wiatr i wypożyczalnie zamknięte. Teren rozległy i jest co zwiedzać, nogi tradycyjnie rozbolą. Mamy tu pałacowe pawilony, prywatny teatr, w którym cesarzowa Cixi przyglądała się występom, spoczywając w łożu we własnej komnacie wychodzącej na dziedziniec ze sceną, świątynie i największe cudo – marmurową łódź, dziwaczną budowlę w kształcie paradnego okrętu z baldachimem, umieszczoną zresztą na wodzie. Cesarzowa Cixi poleciła wznieść ten obiekt za pieniądze przeznaczone pierwotnie na potrzeby floty. W ten sposób pokazała ironicznie, że za nic ma wszelką krytykę, zarzucającą jej trwonienie funduszy na rozbudowę rezydencji (koniec XIX w.) podczas gdy państwo pogrążało się w upadku. Miała rację o tyle, że zmarła w 1908 r. we własnym łóżku, na trzy lata przed wybuchem rewolucji, która obaliła rządy cesarskie. Nie pomogła pierwsza w Chinach linia telefoniczna, łącząca pałac z budynkami rządowymi w samym Pekinie, której stare aparaty pokazuje się jako ciekawostkę. Pałac Letni to wycieczka na cały dzień. A my mamy wszystkiego kilka godzin. Spotykamy dość licznych rodaków, niektórzy wybierają się właśnie do Szanghaju na przejażdżkę Maglevem. Dzielimy się wrażeniami i informacjami na temat kursowania tej superszybkiej kolejki magnetycznej. Potem piknik na jednej z wysepek, połączonej ze stałym lądem pięknym mostem. Nadchodzi 18.00, godzina zamknięcia parku. Ogłaszają to przez megafony, ale spokojnie, jeszcze przez ponad trzy kwadranse krążymy po terenach pałacowych, po prawdzie i z tego powodu, że wśród porośniętych gęstą roślinnością wzgórz i wijących się ścieżek zagubiliśmy drogę. Wychodzimy jednak bez problemu, jako jedni z ostatnich. Piękne miejsce, warto tu wrócić.
Przed Cesarskim Letnim Pałacem
Widok na jezioro, w oddali panorama Pekinu
Krążąc po zabudowaniach pałacowych...
...w poszukiwaniu ciekawego miejsca na piknik...
...moim oczom ukazuje się urocza wysepka na jeziorze...
Prawda, że ciekawe miejsce na piknik?
Zatrzymałem się kontemplując widok na jezioro...
Jeszcze tylko zbiec po schodach...
Pomiędzy wieżami pałacu...
Obiec jeziorko dookoła (oj jest tego troszkę)...

Przed tronem cesarzowej (Ada prośby by nie fotografować potraktowała jak prawie wszyscy Chińczycy, czyli udała że nie widzi)

W zabudowaniach  rozrywkowych pałacu...
Jeszcze tylko muszę przejść mostek...
...długi mostek..
I wreszcie na wysepce...i wreszcie piknik i odpoczynek dla już obolałych nóg...
Widok z miejsca naszego pikniku...
W drodze powrotnej do bram parku, wśród promieni zachodzącego słońca.
Wieczorem odwiedzamy supermarket, kupujemy prezenty oraz ciekawostki żywnościowe. Przynajmniej w taki sposób wykorzystamy olbrzymi limit bagażu (razem cztery sztuki i 120 kg. w bagażu głównym). Potem obiad w znajomej już knajpce, jak zawsze, bardzo smaczny. Ada wpada na pomysł, aby zajść jeszcze na plac Tian'anmen i przekonać się, w jaki to niezwykły i spektakularny sposób Chińczycy iluminują mauzoleum towarzysza Mao. Bo przecież muszą iluminować, skoro nie żałują energii na oświetlanie innych, dużo mniej ważnych obiektów. I tu ogromne rozczarowanie. Plac praktycznie tonie w ciemnościach. Tylko olbrzymi portret Mao na fasadzie bramy Niebiańskiego Spokoju rozjaśnia kilka lamp, ale nic nadzwyczajnego. Głęboko rozczarowani, wracamy do hotelu. Przynajmniej miasto jest nocą bezpieczne, wszędzie czuwają mundurowi. 
Podświetlenie Zakazanego Miasta i Placu Tian'anmen
Pamiątki w sklepikach przy placu Tian'anmen

Następny dzień to już sama końcówka. Podstawiona przez recepcję taksówka nieco nas zadziwia. To prywatny samochód szwagra czy też innego krewnego jednego z pracowników. Ale skoro chce sobie w ten sposób dorobić w sobotnie przedpołudnie i nie zdziera ceny, to dlaczego nie? Przynajmniej nóż w końcu wydali! Tulę go jak odzyskanego przyjaciela. Ileż to razy przydałby się w podróży, gdy trzeba było np. rozcinać syczuański wędzony boczek, albo otwierać piwo o śruby w jakimś ogrodzeniu! Na lotnisko dostarczono nas z dużym wyprzedzeniem, czekamy kilka godzin. Czas urozmaicają automaty wyciskające świeży sok z mandarynek (bardzo smaczny, 20 yuanów). Wreszcie samolot i dziewięć godzin lotu do Berlina. Serwis oraz obsługa, jak poprzednio, bez zarzutu. Zwracam uwagę na urodziwą stewardessę o podejrzanie mało azjatyckich rysach twarzy. - „Albo jakiś owoc mieszanego związku.” - Myślę sobie. - "A może to autentyczna Chinka „zrobiła się” na Europejkę?" W Chinach to najmodniejszy obecnie kanon urody kobiecej. I oto przeżywam jedno z największych zaskoczeń podczas całej podróży. Zagłębiłem się właśnie w lekturze książki (z polskim tytułem) gdy przysiągłbym, że słyszę – Dzień dobry. - Sądząc, że to jakieś złudzenie, czytam dalej. - Przepraszam, że przeszkadzam. Jestem jedyną Polką w załodze tego samolotu (dla jasności, chińskich, prywatnych linii lotniczych Hainan Airlines, lecącym z Pekinu do Berlina). Gdyby mieli państwo jakieś problemy albo życzenia, proszę zwrócić się do mnie. - Teraz dopiero, pojmuję, że wcale się uprzednio nie przesłyszałem i aby zatrzeć wrażenie gbura, uprzejmie dziękuję. Tak to ojczyzna powitała nas już na pokładzie, gdzieś ponad pustynią Gobi. I czy warto uczyć się języków? Zwłaszcza chińskiego?

wtorek, 18 lipca 2017

Festiwal Jarocin 2017


Przed "Sceną w Parku"
Nasza koleżanka na tle parasolek i knajp


Koleżanka po udanym koncercie Wilków namówiła nas na kolejny festiwal muzyczny, tym razem w Jarocinie. To jakoby kontynuacja i nawiązanie do słynnych festiwali jarocińskich z lat 80-ych. Mają wystąpić kapele crossoverowe. Przyznam, że nasze (moje i Ady) pojęcie o tego rodzaju muzyce jest raczej wątłe, żaden z zachwalanych przez znajomą zespołów nie był mi dotąd znany ani z nazwy, ani z jakiegokolwiek utworu. Cena biletu (jednodniowego) raczej wygórowana - 100 zł. Ale co tam, jedziemy, tym bardziej, że dziewczyna (aktualnie w fazie abstynencji) zaoferowała się prowadzić w drodze powrotnej. Przed koncertem posilamy się jeszcze w przydrożnej „Karczmie Górskiej” w Kotlinie - czy to miano ma może nawiązywać do nazwy miejscowości? Ceny niezbyt wygórowane, porcje obfite, ale jedzenie nie rzuca na kolana.
W oczekiwaniu na koncert

Początek imprezy
Impreza się rozkręca
Podczas konsumpcji piwa...
...i węgierskiego wina

W samym Jarocinie z daleka już słychać dudnienie muzyki oraz widać tłumy fanów, podążających w stronę Parku Miejskiego. Wielu, nie tracąc czasu, raczy się piwem, inni podążają z czteropakami. To nastraja optymistycznie, podobnie jak i to, że bez problemu znajdujemy miejsce parkingowe w rozsądnej odległości od parku. Ale na tym lista wspomnianych plusów się wyczerpuje. O muzyce jako takiej pisać się nie podejmuję. Młodsi, ale też i starsi wiekiem fani obojga płci, przyjmują występ entuzjastycznie. Nasza znajoma także, próbuje nawet przekonywać do walorów tego rodzaju grania. Dla mnie to łupanka i dudnienie, bez ładu i składu.. Nie, żebym nie lubił dobrej „łupanki”, np. podczas jazdy samochodem, ale powinna posiadać jakiś rytm, podrywać do czynu (choćby czynem tym miało być tylko wduszanie pedału gazu). Tutaj przeszkadza jedynie w rozmowie, ogłusza i ogłupia. Wokaliści pozbawieni głosu. Nie umywają się do Roberta Gawlińskiego z „Wilków”, na których koncercie byliśmy niedawno w Tarnowie Podgórnym (zresztą bez biletów wstępu). Po prawdzie, to tym tutaj głos i tak do niczego nie jest potrzebny. I tak nie są w stanie przekrzyczeć łomotu muzyki. Tak więc walory wokalu oraz treść odśpiewywanych utworów pozostały poza zasięgiem mojej percepcji. Sama „łupanka” oraz efekty dymne i świetlne produkowane na scenie, to jednak zdecydowanie za mało. Przynajmniej dla mnie.
Przed knajpkami
Na pocieszenie obracamy z Adą po browarze, który przemyciłem pod scenę. W tym czasie kończy swoją produkcję zespół „Lao Cze” - podobno najbardziej znany z obecnych (oczywiście, nigdy o nim nie słyszałem, samej muzyki także nie). Teraz zapamiętałem jego nazwę, gdyż skojarzyła mi się z węgierską potrawą na ostro. Nieco złośliwie przedstawiam ten koncept koleżance, jest oburzona. - „Ale czym!?” - odpowiadam. - „Przecież ja bardzo lubię leczo i to dla nich niezasłużony komplement!”. Właściwie, to wykrzykuję jej te słowa do ucha (stąd wykrzykniki), bo tymczasem na scenie zaczęła się produkować kolejna kapela i normalnej rozmowy prowadzić nie sposób (opłacę ten Jarocin bólem gardła). Wyczerpawszy (niewielkie) zapasy, wyruszamy z Adą na poszukiwanie piwa albo czegoś innego do zwilżenia ust. I tu kłopot. Gastronomia jest fatalnie zorganizowana. Dwie zaledwie kasy sprzedają kwity albo żetony na wszystko, czyli na kiełbaski, hot-dogi, kawę, itp., itd.
Już z "łupem"
Za piwo też płaci się w tym miejscu. Dziewczyny dwoją się i troją, ale cóż, klienci nie mogą się zdecydować, hot-dog czy hamburger, zwoływują kolegów, pytają ich o decyzje w tej kwestii... W rezultacie, kolejka staje się tasiemcowa i oczekiwanie ciągnie bez końca. Doprawdy, można paść z pragnienia! Ta sytuacja trwa przez cały czas koncertu. Wobec tego, decydujemy się na wino, sprzedawane na kubki przy innym straganie. Mają węgierskie i gruzińskie. Oczywiście, gruzińskie to „najlepsze na świecie” (tę wiedzę zdobyliśmy podczas pobytu w tym kraju). Ale czerwone wytrawne mają tylko z Węgier i przy tym pozostaje moja pani. Tu kolejka mniejsza, ale również przesuwa się powoli. Co prawda głównie dlatego, że sympatyczni panowie z obsługi częstują klientów, pozwalając spróbować i wybrać taki czy inny gatunek.
Fotografie na tle sceny
W tej akurat kwestii chwila namysłu jest jak najbardziej zrozumiała. Korzystam z tych degustacji, wracając kilka razy po kolejne kieliszki dla Ady. Oj, następnego dnia zapłaci rodzajem zatrucia, znanym powszechnie pod nazwą kaca! Czerwonego wina nie da się pić niczym wody. To już bezpieczniejsze piwo. Przerzucam się na ten trunek (czarna Fortuna, jeden z gatunków, które lubię). Trzeba odstać swoje, ale co tam. Tymczasem Ada zajmuje miejsca przy stoliku w strefie bufetowej i dalszy ciąg koncertu spędzamy już tutaj. Z zakupionym alkoholem nie można wejść pod scenę, ochroniarze cofają przy bramkach. W tej strefie sprzedają tylko piwo grodziskie, o słabszej mocy. Dałem się skusić na jeden kubek, ale to nie dla mnie. W tej sytuacji wielu miłośników „silnego uderzenia uderzenia” (obydwu rodzajów) radzi sobie w ten sposób, że stawiają pełne kubki na trawniku, już po drugiej stronie ogrodzenia (bez problemu mieszczą się w dużych okach siatki) i przechodzą przez bramkę z pustymi rękoma. Potem wystarczy odebrać depozyt. Nie zauważyłem, by ktoś próbował podkradać czy podpijać. Publiczność trzyma jednak fason! Tym niemniej, zostajemy na ławkach przy stoliku. Ściągam też spod sceny koleżankę. Siedzi się tu wygodniej niż na wilgotnej trawie, bliżej do straganów z zaopatrzeniem, widać mniej więcej to samo, za to jest nie aż tak hałaśliwie. Nazw kolejnych kapeli nie pamiętam, zresztą, żadna różnica. Wszystkie wyją i łomoczą dokładnie tak samo, ku uciesze zebranych. Impreza przeciąga się, dochodzi druga w nocy. Mniej więcej wtedy obie panie uznają wreszcie, że zrobiło się chłodno. Dopijamy zawartość naszych kubków i ruszamy do samochodu. Po drodze natrafiamy na mieście na wybitą szybę. To jedyny przykład wandalizmu – może zresztą ktoś wpadł w to okno przypadkiem? Ogólnie, dość spokojnie. Inaczej bywało tu podobno w latach osiemdziesiątych. W samochodzie doceniam fakt posiadania trzeźwego kierowcy i zapadam w smaczną drzemkę na tylnym siedzeniu.

A tutaj próbki muzyki z Jarocina...